W 65 rocznicę Powstania Warszawskiego

Wojny, powstania i wszelkie działania zbrojne jako sposoby realizacji celów politycznych nieosiągalnych drogą pokojową stosują wobec siebie strony o diametrialnie sprzecznych interesach, z których jedna, podejmując bezpośrednią walkę, próbuje wymusić na drugiej akceptację swoich interesów. Ale niekiedy zdarzają się i nieco odmienne sytuacje, kiedy prowadzone działania zbrojne mają zmusić do ustępstw politycznych nie tyle przeciwnika, z którym się bezpośrednio walczy, lecz stronę trzecią nie uczestniczącą w tej walce. Tak właśnie sprawa wyglądała z Powstaniem Warszawskim, skierowanym przeciwko okupantowi niemieckiemu ale mającym realizować cele polityczne, których rozwiązanie nie znajdowało się w kompetencji Niemców lecz Wielkiej Trójki tj. Wielkiej Brytanii, USA i ZSRR.


Powstanie Warszawskie jako przejaw bezsilności wobec toczących się wydarzeń, braku poczucia odpowiedzialności, rzetelnego, realnego rozeznania sytuacji międzynarodowej oraz militarnej na przedpolach Warszawy, a także niezręczna, nieudana, nieszczęśliwa demonstracja polityczno-militarna, próba wymuszenia przez tzw. obóz londyński na aliantach zachodnich uznania polskich racji politycznych, doprowadzi w konsekwencji do jednej z największych tragedii w dziejach Polski. Potwierdzi wcześniej już funkcjonującą i aktualną dzisiaj opinię o tym, że należymy do narodów, w których podejmuje się wyjątkowo dużo szkodliwych i błędnych decyzji na różnych poziomach władzy. Spoglądając w przeszłość po czasy teraźniejsze, tymi szkodliwymi często tragicznymi decyzjami naszpikowane są nasze dzieje. Do zawężonej świadomości historyczno-politycznej polskiego społeczeństwa prawda o tym rzadko dociera. O obiektywnej prawdzie nie decydują u nas rzeczywiste fakty lecz aktualna polityka, wyznawana ideologia i prawdą w ostateczności stają się różne stworzone mity oraz legendy uniemożliwiające społeczeństwu wyciąganie prawidłowych wniosków z przeszłości oraz modernizację swojego najczęściej naiwnego politycznie, narzuconego mu modelu, sposobu myślenia. Różne gremia polityczne preferujące korzystne dla swoich partykularnych interesów ,,prawdy historyczne” odpowiadają za stan świadomości polityczno-historycznej polskiego społeczeństwa. W systemie wychowawczym nawiązuje się głównie do tradycji polskiego romantyzmu, eksponując nie efekty konstruktywnego ludzkiego działania, lecz bezsensowne poświęcenie życia ludzkiego, co uniemożliwia wdrożenie społeczeństwa do realistycznego w sprawach politycznych sposobu myślenia.

Nie jest również lekcją prawdy historycznej kształtującej prawidłowe myślenie polityczne niepełny obraz Powstania Warszawskiego przedstawiany społeczeństwu polskiemu. Wspominając dzisiaj po latach Powstanie z okazji obchodzonych rocznic, podkreśla się głównie bohaterstwo walczących powstańców, co prowadzi do wychowywania współczesnych pokoleń w duchu romantycznego heroizmu i poświęcenia, w tym własnego życia dla bliżej nieokreślonych celów. Oddając hołd poległym bohaterom, gdyż na to rzeczywiście zasłużyli oraz poświęceniu młodocianych powstańców, o wiele mniej wspomina się o cierpieniu ludności cywilnej, zniszczeniu miasta, a już sporadycznie o okolicznościach, które do przedwczesnego wybuchu Powstania, do tej tragedii narodowej doprowadziły. Rzadko pojawiają się pytania czy w ogóle należało wywoływać Powstanie, narażać ludność i miasto na zniszczenie, gdyż przecież nawet pomyślny militarnie jego przebieg nie wpłynąłby na zmianę kształtującej się sytuacji politycznej, związanej z zejściem ze sceny politycznej II Rzeczpospolitej i powstaniem III Rzeczpospolitej nazywanej PRL-em. Czy za nieunikniony już koniec II RP należało jeszcze dodatkowo, bez sensu płacić tak olbrzymimi stratami, życiem ludzkim, cierpieniem, nie mającym w najmniejszym stopniu wpływu na zmianę stosunku tzw. Wielkiej Trójki do sprawy polskiej? Na te tematy niewiele się mówi. W audycjach i publikacjach pełnej prawdy o motywach jakimi się kierowały osoby podejmujące decyzję o wybuchu Powstania nie przedstawia się. Nie wspomina się o kardynalnych błędach jakie zostały popełnione. Winą za tą tragedię obciąża się - co jest oczywiste - okupanta niemieckiego,a także niekiedy i Stalina, wytykając mu, że Armia Radziecka nie przyszła Powstaniu z pomocą i w ten sposób określone orientacje polityczne zaszczepiają w społeczeństwie polskim postawy rusofobii.

Zbadania i wyjaśnienia do końca sprawy podjęcia decyzji o wybuchu Powstania, pomijanej w większości publikacji na ten temat, domagało się wielu polskich polityków i wojskowych już podczas wojny. Żądali tego członkowie podziemnego parlamentu - Rady Jedności Narodowej jak np. Jerzy Braun, Władysław Jaworski, gen. Anders, który uznał wybuch powstania za wielkie nieszczęście i inni. Na posiedzeniu Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari 30.10.1944 r., na którym rozpatrywano sprawę nadania tego odznaczenia II klasy gen. Bór- Komorowskiemu, Kanclerz jej gen. broni Lucjan Żeligowski między innymi stwierdził: “Powstanie zakończyło się tragicznie. Zaczęło się za wcześnie. Nie wiem, czy powstanie nawet dzisiaj winno się zacząć. Pomyłka ta doprowadziła do katastrofy. Czyja to wina? Niedoświadczenie dowództwa, a później straszna tragedia. Ja np. będę głosować za odłożeniem wniosku, ponieważ nie widzę racji w pośpiechu odznaczenia. Nie widzę, kto rozkazał robić powstanie. Czy zrobił to Bór sam - czy otrzymał rozkaz? Jeżeli Bora mamy odznaczać, to musimy go widzieć czystym. Mam przeświadczenie, że po wojnie każdy z nas powinien się dowiedzieć o prawdzie powstania i rozkazu, kto go wydał. Przecież i w 1939 r. wojsko i ludność Warszawy z Prezydentem Starzyńskim walczyła, a Prezydent Stefan Starzyński nie został dotychczas odznaczony. Czemu dzisiaj taki pośpiech z Borem?” (Generał Tadeusz Bór-Komorowski w relacjach i dokumentach. Opr. Andrzej K. Kunert, Warszawa 2000 r., s. 357-358). Na znak protestu przeciwko przyznaniu, po naciskach politycznych, gen. Borowi-Komorowskiemu Orderu Wojennego Virtuti Militari II klasy, gen. Żeligowski zrezygnował z funkcji Kanclerza Kapituły.

Tylko w nielicznych publikacjach na ogół dzisiaj przemilczanych poruszane są zagadnienia stopnia współodpowiedzialności kierownictwa polskiego podziemia za tragiczne wydarzenia. Ujawnienie pełnej prawdy zwłaszcza o okolicznościach wybuchu Powstania nie jest na rękę - mimo upływu od powstania 65 lat - określonym środowiskom.



2.Plany – ustalenia – alianci

Jeszcze do połowy 1943 roku polskie ośrodki kierownicze w kraju i na emigracji nie były do końca przekonane przez kogo Polska będzie wyzwalana spod okupacji niemieckiej, czy przez aliantów zachodnich, czy przez wojska radzieckie. W pierwszych latach wojny sądzono, że o przyszłych losach Polski zadecydują działania militarne aliantów zachodnich, z którymi zsynchronizować zamierzano wspierające ich krótkotrwałe powstanie powszechne na całym terytorium państwa polskiego, ale wszczęte dopiero w momencie ostatecznej klęski Niemiec, w okresie ich dobijania. Plan ten opracowany w Komendzie Głównej AK w 1940 roku przekazano jako Raport operacyjny w lutym 1941 roku do Londynu. Zmianę sytuacji militarnej po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej uwzględniał już Raport operacyjny nr 154 opracowany w 1942 roku, przesłany do Londynu na początku 1943 roku. W opracowanym natomiast dokumencie przekazanym władzom polskim w Londynie 28 lutego 1943 roku wprowadzony został już wariant powstania przesuwającego się strefami od wschodu, co było już odchodzeniem od koncepcji powstania powszechnego jako jednoczesnego na całym obszarze kraju. Wariant ten zakładał m. in. zwycięstwo ZSRR na wschodzie i wkroczenie wojsk radzieckich do Niemiec przez terytorium Polski. Taki rozwój sytuacji przewidywał gen. Sikorski już na początku 1942 roku. W Instrukcji osobistej i tajnej dla Dowódcy Krajowego z 8 marca 1942 roku stwierdzi, że gdyby ten wariant się sprawdził to przeciwstawienie się wojskom rosyjskim nie ma żadnych szans powodzenia. Odbudowa państwa - pisze gen. Sikorski - i tworzenie Polskich Sił Zbrojnych w Kraju będzie mieć wówczas miejsce tylko przy wykonaniu z dobrej woli przez Rosję przyjętych zobowiązań oraz nacisku ze strony aliantów. Natomiast uważał że... wszelkie odruchy przeciw rosyjskie byłyby tu na Zachodzie niezrozumiałe, uznane za prohitlerowskie, a ze strony Rosji mogły być potraktowane jako pretekst do złamania umowy i okupacji kraju... W przypadku tego wariantu załamywania się niemieckiego frontu na wschodzie, oddziały polskie miały wystąpić z bronią w ręku i rozbrajać Niemców, zapewnić warunki pracy administracji cywilnej mianowanej przez Delegata Rządu na Kraj. Gen. Sikorski zamierzał również doprowadzić do wkroczenia na terytorium Polski wraz z Armią Czerwoną Wojska Polskiego formowanego w ZSRR pod dowództwem gen. Andersa. Odpowiedzią na Instrukcję gen. Sikorskiego będzie meldunek z 22 czerwca 1942 roku wysłany do Londynu, w którym Komendant AK gen. Grot-Rowecki uważa, że przy wkraczaniu wojsk radzieckich do Polski podejmowanie walki zbrojnej przeciw Niemcom będzie niemożliwe, niecelowe i że należy jedynie uchwycić administrację Kraju przez Delegata Rządu ale nie ujawniać wojskowej konspiracji do czasu uzyskania potwierdzenia przez Moskwę istnienia Polski w granicach z 1939 roku. W przypadku wrogiego stosunku wkraczającej Armii Czerwonej miano skoncentrować siły przygotowywane do powstania na najdogodniejszym skrawku polskiej ziemi - na Pomorzu, nad Bałtykiem, utworzyć redutę, Polski Piemont mający łączność z Zachodem. Do meldunku Komendanta AK ustosunkowuje się gen. Sikorski przed odlotem do Waszyngtonu 26 listopada 1942 r. wskazując, że wszystko zależeć będzie od układu sił w końcowej fazie wojny ale w przypadku wkroczenia wojsk radzieckich na terytorium Polski w pogoni za Niemcami, podejmowanie z nimi walk byłoby szaleństwem jak również ukrywanie organizacji wojskowej, o której poinformowany jest rząd sowiecki, co doprowadzić może do jawnej walki Sowietów z Armią Krajową. Na wypadek rozwoju tego wariantu sytuacji gen. Sikorski zalecił: przygotować ujawnienie w tym wypadku Armii Krajowej oraz przystąpienie do jej mobilizacji, manifestując w ten sposób swoją liczebność, suwerenność jak i swój pozytywny stosunek do Rosji Sowieckiej. Odpowiedni grunt dla tego rodzaju rozwiązań miał przygotować gen. Sikorski na arenie międzynarodowej. W depeszach do kraju z 28 lutego oraz 26 marca 1943 roku potwierdza, że powstanie powszechne na kresach wschodnich w sytuacji wkroczenia wojsk radzieckich do Polski i przesuwania na zachód w pogoni za Niemcami powinno zmienić swój charakter i przebiegać strefami. W przypadku natomiast pogorszenia stosunków z ZSRR to strefowe powstanie powszechne na kresach wschodnich należało uruchomić tylko częściowo, a przy wyraźnie wrogim stosunku ujawnić wyłącznie administrację cywilną, natomiast siły AK wycofać na zachód, w głąb Kraju. To na ogół realistyczne podejście gen. Sikorskiego do ZSRR i poinformowanie Kraju już po zerwaniu przez rząd radziecki stosunków dyplomatycznych z polskim rządem w Londynie w związku ze zbrodnią katyńską o tym, że będzie starał się doprowadzić do ponownego porozumienia, czego nie zdążył dokonać, nie podobało się zwłaszcza środowiskom byłej sanacji współodpowiedzialnej za klęskę wrześniową, antagonizującej ciągle Polskę ze wschodnim sąsiadem, nawiązującej iluzoryczne układy militarno - polityczne z Zachodem i oczekującej na wykrwawienie się tzw. ,,dwóch wrogów”. Nagła śmierć gen. Sikorskiego, osoby o znacznym autorytecie, którego przed grożącym mu niebezpieczeństwem w czasie podróży na Bliski Wschód ostrzegało wielu polityków, w tym w wystosowanym liście 11.05.1943 roku ministrowie: Marian Seyda i prof. Komarnicki, spowoduje wzrost wpływów politycznych na emigracji środowisk sanacyjnych przeciwnych porozumieniu z ZSRR, co w konsekwencji doprowadzi do przejęcia inicjatywy w sprawach polskich przez komunistów - środowisko lewicy krajowej. Po śmierci gen. Sikorskiego, premierem zostaje dotychczasowy wicepremier Stanisław Mikołajczyk, który próbuje kontynuować politykę swojego poprzednika, a Naczelnym Wodzem gen. Sosnkowski, bliski współpracownik Piłsudskiego, zagorzały przeciwnik porozumienia z ZSRR, ustępujący wcześniej ze stanowiska podsekretarza stanu na znak protestu przeciwko układowi Sikorski-Majski. Całkowicie odmienne, sprzeczne poglądy polityczne nowego premiera i Naczelnego Wodza doprowadzą do rozdwojenia polskiego ośrodka władzy oraz polskiej polityki zwłaszcza zagranicznej. Gen. Sosnkowski, dążąc do poderwania zaufania wobec premiera Mikołajczyka, uzna za bezwartościową Instrukcję dla Kraju rządu uchwaloną 27 października 1943 roku, w której opracowaniu sam uczestniczył, przewidującą nawiązanie przy pomocy sprzymierzonych stosunków z ZSRR, a w przypadku ich nie nawiązania po wejściu wojsk radzieckich - konspirację. Według Instrukcji rozkaz do ewentualnych działań zbrojnych w Kraju, do powstania wydać miał nie Delegat Rządu, lecz rząd polski w Londynie ale po wcześniejszym uzgodnieniu tej sprawy z aliantami i w sytuacji, gdyby front wschodni zatrzymał się przed granicami Polski, a alianci zachodni weszli na tyle głęboko na kontynent, że możliwa byłaby ich pomoc dla powstania, wsparcie z powietrza, zaopatrzenie AK w broń, przerzucenie ich misji łącznikowych. Natomiast w sytuacji wkraczania wojsk radzieckich na ziemie polskie w pościgu za Niemcami, Instrukcja przewidywała wzmożoną dywersję przeciwko Niemcom, lecz już nie powstanie. Gen. Sosnkowski, przekazując rzekomo bezwartościową Instrukcję Komendzie Głównej AK, stwierdzeniem róbcie jak uważacie ujawnił swoją nielojalność w stosunku do rządu, lekceważenie swoich podwładnych w Kraju znajdujących się w trudnej sytuacji polityczno-psychologicznej oraz niezdolność do podjęcia osobistych decyzji takich chociażby jak podanie się do dymisji w sytuacji nie akceptowania polityki rządu.

Gdy się jednak okazało, że na skutek szybkiego posuwania do przodu Armii Czerwonej terytorium Polski, na którym nastąpiła już duża koncentracja wojsk niemieckich, nie będzie wyzwalane przez Anglosasów, odstąpiono zgodnie z powyższą instrukcją ostatecznie od powszechnego powstania, które według wcześniejszych założeń miało rozpocząć się z chwilą całkowitego rozkładu wojska i państwa niemieckiego, jak to działo się w 1918 roku. W zasadzie już dużo wcześniej bo po klęsce Niemców pod Kurskiem przewidywano, że wyzwolenie ziem polskich spod okupacji niemieckiej nastąpi wraz z nadejściem frontu wschodniego, wkroczeniem za wycofującymi się Niemcami wojsk radzieckich. Mimo, że jednak nie dojdzie do oczekiwanego załamania Niemiec, mającego być sygnałem do powszechnego powstania, według wcześniejszych, a nieaktualnych już planów podjęta zostanie później przedwczesna tragiczna decyzja. Wypowiadając się w swych depeszach przeciwko powstaniu powszechnemu i szerszej akcji zbrojnej przeciwko Niemcom ze względu na wkraczanie na ziemie polskie wojsk radzieckich, gen. Sosnkowski jako Naczelny Wódz nie wydał jednakże w tej sprawie żadnych rozkazów, a tylko próbował jedynie radzić i był tutaj niekonsekwentny. Wysłał do Kraju płk Okulickiego - swojego człowieka zaufanego, zagorzałego zwolennika powstania o wyjątkowo antyrosyjskiej i antyradzieckiej postawie oraz 7 lipca 1944 r. do gen. Bora niejednoznaczny telegram, w którym pisze, że jeżeli przed wkroczeniem Armii Czerwonej udałoby się opanować Wilno, Lwów i inne jakieś centrum, to należy to zrobić. Właśnie na to sformułowanie inne jakieś centrum będzie później powoływał się Okulicki, prowadząc agitację na rzecz przeprowadzenia akcji powstańczej w Warszawie. Gdyby Naczelny Wódz gen. Sosnkowski w tych jakże istotnych sprawach wydał rozkaz zakazu walki w Warszawie, to jak twierdzi gen. Bór byśmy jej nie rozpoczynali. Rozkaz byłby wykonany.

Po otrzymaniu wytycznych z Londynu, w których koncepcja powstania powszechnego odchodziła już do lamusa, KG AK opracowała swój nowy plan o nazwie ,,Burza”, autorstwa głównie zastępcy Szefa Sztabu do spraw operacyjnych, jednego z najzdolniejszych oficerów KG AK, jak go ocenił gen. Bór-Komorowski, a mianowicie gen. Stanisława Tatara ,,Tabora”. Generał Tatar opracował wówczas również realistyczny plan reform wewnętrznych i polityki zagranicznej znany jako Memorandum nr 3, a uznany przez gen. Pełczyńskiego - szefa sztabu AK za chęć zbolszewizowania Polski. Płk dypl. Janusz Bokszczanin - drugi zastępca szefa sztabu AK słusznie zauważa, że nie wprowadzenie właśnie tego planu politycznego w życie przesądziło o losie Warszawy już jesienią 1943 roku. Plan Tatara - twierdzi Bokszczanin - był ostatnim sensownym aktem politycznym. Z upływem czasu jego wniosek wydaje się proroczy: “Jeśli nie podejmiemy zdecydowanie odważniejszej polityki zarówno w dziedzinie koncesji terytorialnych, jak i reform wewnętrznych, naród zmęczony sytuacją, z której nie widzi wyjścia, zaniecha walki i staniemy się generałami bez armii.” Zasługą Tatara jest, że zrozumiał, iż nie jest to już 1920 rok, że nieokreślone slogany patriotyczne nie wystarczą już do zmobilizowania kraju i że mimo wrogiego nastawienia do ZSRR ogromna większość narodu nie ma chęci bić się w obronie polityki, która żałośnie zbankrutowała w 1939 roku. Między 1920 i 1944 narodziła się nowa generacja, która bardzo surowo osądziła przedwojenne państwo polskie i całą jego politykę... Wydaje mi się, że gdybyśmy byli posłuchali Tatara, sprawy ułożyłyby się zupełnie inaczej... Polska zachowując swoje siły nienaruszone, mogłaby lepiej oprzeć się uciskowi stalinowskiemu 1949-1956.(Jean F. Steiner Warszawa 44 wyd. Krąg 1984 r. s.61-62)

Plan ,,Burza” gen. Tatara, przewidujący prowadzenie wzmożonej akcji dywersyjnej przeciwko wycofującym się wojskom niemieckim i ujawnienie się mimo braku porozumienia polsko-radzieckiego kierownictwa cywilnego i wojskowego wobec władz radzieckich, został zatwierdzony ostatecznie przez dowódcę AK w listopadzie 1943 r. oraz przekazany do Londynu w styczniu 1944 r. i zaczął wówczas obowiązywać. Dopiero od tego momentu przestał formalnie obowiązywać nierealny już nawet na przełomie 1942/1943 roku, po klęsce niemieckiej pod Stalingradem, plan powstania powszechnego. Gen. Tatar - osoba w sposób szczególnie realistyczny oceniająca w KG AK kształtującą się wówczas sytuację polityczno-wojskową - według opinii gen. Bora-Komorowskiego chciał szukać za wszelką cenę pełnego porozumienia z Rosją, a nawet poza rządem i godził się na oddanie ziem wschodnich. Była to, jego zdaniem, jedyna możliwość ratowania sytuacji. (Jan Ciechanowski, Rozmowa z gen. T. Borem-Komorowskim, Dowódcą AK, Wiadomości nr.39, Londyn 1971). To prorosyjskie nastawienie gen. Tatara nie akceptowane przez oficerów związanych z sanacją, a także pewna zbieżność jego poglądów z poglądami premiera Mikołajczyka doprowadziły do odwołania go - do czego zwłaszcza przyczynił się gen. Pełczyński - z zastępcy szefa sztabu KG AK i wysłania w kwietniu 1944 r. do Londynu, gdzie został zastępcą szefa sztabu do spraw krajowych Naczelnego Wodza gen. Sosnkowskiego - przeciwnika rozmów z Rosją Radziecką. Po jego wyjeździe dojdzie do likwidacji dowództwa operacyjnego obejmującego oddział II, III, IV i V, którego zadaniem była ocena sytuacji strategicznej w kraju, opracowanie generalnych planów operacyjnych, planowanie wszystkich akcji militarnych. Dowództwo operacyjne miało w przypadku wybuchu powstania zostać jego sztabem. Od wyjazdu gen. Tatara już ani razu gen. Bór nie zwoła posiedzenia całego dowództwa operacyjnego, które zastąpione zostało przez spotkania dyletantów w sprawach operacyjnych: gen. Bora - miłośnika sportów konnych, uczestnika olimpiady w Paryżu i Berlinie, gen. Pełczyńskiego - specjalistę od wywiadu i gen. Okulickiego - chojraka, skorego do wypitki i do wybitki jak określił go gen. Bór, pozbawionego dyscypliny umysłowej wymaganej od oficera sztabowego. Trafnie oceni zaistniałą sytuację płk dypl. Bokszczanin, twierdząc że: Z chwilą aresztowania Roweckiego komenda Główna straciła szefa, wraz z wyjazdem Tatara rozsądek... KG zapadła w rodzaj snu zimowego… i z chwilą przyjazdu Okulickiego prace sztabu AK charakteryzował brak realizmu i powagi, amatorszczyzna. (Jean F.Steiner Warszawa… s. 64, 74).

Przygotowany przez gen. Tatara plan ,,Burza” nie przewidywał większych walk, lecz nękanie cofających się tylnych straży niemieckich, a przede wszystkim - ze względu na słabe uzbrojenie AK - oddziałów tylnych straży tylnej, co najczęściej dotyczyło oddziałów niemieckich wielkości kompanii lub plutonu. W Warszawie natomiast strażą tylną wycofujących się ze wschodu wojsk niemieckich mógł być korpus, a jego oddziałem tylnym dywizja pancerna. W rozkazie uzupełniającym z 23 marca 1944 roku do operacji ,,Burza” komendant AK nakazuje zajmowanie większych miast po ich opuszczeniu przez wojska niemieckie, przed wkroczeniem wojsk radzieckich. Również osiedla i miasteczka zgodnie z rozkazem z 14 kwietnia 1944 roku miały być opanowane natychmiast po opuszczeniu miejscowości przez Niemców. Oczywiście, że zwłaszcza w osiedlach mogło dojść do walk zbrojnych w związku z atakami na tylne straże niemieckie ale w zasadzie takich sytuacji jako nietypowych nie przewidywał plan ,,Burza”. Nasycenie dużą ilością wycofującego się wojska niemieckiego miast, miasteczek, osiedli, węzłów komunikacyjnych wywoływało obawy, że podjęcie na tych terenach walk doprowadzi do odwetu i zniszczeń. Dlatego tylnym strażom niemieckim miano nie utrudniać, lecz ułatwiać opuszczanie miast i różnych miejscowości. Dla samej Warszawy opracowano dwa plany - pierwszy w 1942 r. w ramach powstania powszechnego na wypadek załamywania się Niemiec podobnie jak w 1918 roku. Plan ten był ambitny i przewidywał, że powstanie rozpocznie się jednocześnie z ucieczką Niemców z Warszawy nie w godzinach popołudniowych o godz. 17, co nastąpiło 1 sierpnia, lecz o świcie atakiem bardzo dobrze uzbrojonych oddziałów powstańczych na ponad sto najważniejszych obiektów, zajęciem mostów, dworców, fortec, dwóch lotnisk, a następnie całego miasta. Szlaki komunikacyjne na zachód od Warszawy miały być nie atakowane, wolne, żeby umożliwić wojskom niemieckim wycofanie się z miasta bez walk grożących jego zniszczeniem. Drugi plan z 1943 roku opracowany w ramach operacji ,,Burza”, skromniejszy, łatwiejszy do realizacji, uwzględniający sytuację strategiczną, dużą koncentrację wojsk niemieckich, przewidywał wyprowadzenie oddziałów na północ do Puszczy Kampinowskiej, na południe do Lasów Kabackich, a następnie przesunięcie ich z dwóch stron wzdłuż Wisły w celu wypierania Niemców z miasta na zachód. Operacja ta miała być ściśle zsynchronizowana z ofensywą wojsk radzieckich. W rozkazie uzupełniającym z marca 1944 roku Warszawa została w ogóle wyłączona z planu ,,Burza”, z czym wiązało się zaprzestanie przygotowań do akcji powstańczej w stolicy. Aby nie tamować odwrotu wojsk niemieckich i ich ewentualnej nieobliczalnej reakcji w Warszawie, główne arterie przelotowe miały pozostać wolne. Uzbrojone oddziały AK miały opuścić Warszawę i na terenie podokręgu ,,Zachód” prowadzić akcję dywersyjną na szlakach komunikacyjnych. Rozkaz zatem gen. Bora z 31 lipca przekazany płk Monterowi: Jutro punktualnie o godz. 17 rozpocznie Pan operację ,,Burza” w Warszawie, w ogóle nie mieścił się w ramach planu ,,Burza” i powstanie wybuchło nie w chwili opuszczania Warszawy przez tylne straże niemieckie lecz na podstawie rzekomego meldunku o dotarciu kilku czołgów radzieckich na obrzeża Pragi. Operacja ,, Burza” na lewym brzegu Wisły, na którym znajdowała się główna część Warszawy, była w rzeczywistości możliwa jedynie podczas opuszczania przez Niemców odcinka środkowej Wisły, odchodzenia ich na zachód, co nastąpiło dopiero w styczniu 1945 roku.

Decyzje o bezwzględnej obronie środkowej Wisły i Warszawy Niemcy podjęli w dniu 22 lipca. Tak w chwili podejmowania decyzji o wybuchu powstania oraz w pierwszej fazie jego trwania dowództwo AK w ogóle nie orientowało się czy obrona Warszawy przez Niemców przed wojskami radzieckimi będzie przejściowa czy też trwała. Dopiero później przekona się, że obrona ta będzie miała charakter trwały. Sam moment, sytuacja militarna w jakiej wydano rozkaz o rozpoczęciu powstania nie mieściły się w ogóle we wcześniejszych planach i ustaleniach sztabowych. Jego wydanie to wynik samowoli trzech generałów, a zwłaszcza generała Okulickiego i Pełczyńskiego, kierujących się w swym postępowaniu wyłącznie sytuacją polityczną, na zmianę której nie miałoby wpływu nawet pomyślnie zakończone pod względem wojskowym powstanie. Ingerencja wojskowych, ukształtowanych w duchu zasad rządzenia w Polsce pomajowej, w kompetencje cywilnych władz politycznych doprowadzi Warszawę do bezsensownej tragedii, możliwej do uniknięcia.
Stosunek aliantów zachodnich do planów działań zbrojnych o charakterze powstańczym na terytorium Polski będzie negatywny. I tak między innymi na zaniechanie realizacji koncepcji powstania powszechnego, obok nadciągającego frontu wschodniego, niewątpliwie wpływ miało również oświadczenie rządu angielskiego o tym, że działania zbrojne, powstanie powszechne w Polsce nie interesują go i strona polska w tych sprawach nie może oczekiwać na jakąkolwiek pomoc angielską. Dla alianckich szefów sztabu, omawiających w październiku 1943 r. przyszłą inwazję na Francję, działalność zbrojna AK na ziemiach polskich nie miała większego znaczenia. Interesowała ich jedynie współpraca wywiadowcza, informacje z terenów Niemiec oraz innych krajów okupowanych i w zamian za tą współpracę wspomagano skromnie jedynie działalność sabotażową AK. Nie przekazywano AK większych ilości broni zakładając, że może zostać użyta nie tylko przeciwko Niemcom ale ich najbliższemu sojusznikowi. Na dokumencie brytyjskim - twierdzi Jan Ciechanowski, autor książki o powstaniu wydanej w Londynie, który dotyczył zrzutów broni dla AK - znalazłem taki dopisek: ,,Niestety jeszcze nie wymyślono karabinu maszynowego, który zabija tylko Niemców, a nie Rosjan”. O braku zainteresowania zachodnich aliantów powstaniem, działaniami zbrojnymi AK na ziemiach polskich przechodzących w strefę operacyjnych działań Armii Czerwonej, świadczy chociażby sprawa wysłania do Polski misji wojskowej amerykańskiej i brytyjskiej, uznania żołnierzy AK za kombatantów czy też pomocy dla walczącej Warszawy. Starania o przysłanie brytyjskiej i amerykańskiej misji wojskowej do Polski rząd polski w Londynie rozpoczął w październiku 1943 roku. Na wystąpienie premiera Mikołajczyka w lutym 1944 roku w tej sprawie, amerykański chargé daffaires przy rządzie polskim Rudolf Schoenefeld w liście z 30 marca 1944 roku poinformuje, że wysłanie misji do Polski Zjednoczony Komitet Szefów Sztabów USA uznał za niewykonalne w obecnej sytuacji. Natomiast Churchill w swym liście z 7 kwietnia 1944 roku do Mikołajczyka napisze: Zastanawialiśmy się bardzo nad tą propozycją i starannie rozważaliśmy wszelkie jej aspekty. W obecnie panujących warunkach Rząd Jego Królewskiej Mości niechętnie uznał się zmuszonym do zdecydowania, że nie może teraz zgodzić się na sugestię Jego Ekscelencji . Swoją prośbę premier Mikołajczyk ponawia 9 kwietnia w poufnej rozmowie z Churchillem, którego stanowisko do powstania jest negatywne, a także w czasie powstania 28 sierpnia. Podobne starania czynili wobec Foregin Office ambasador Raczyński oraz wicepremier Kwapiński. Dopiero 24 grudnia 1944 roku, kiedy działania zbrojne AK zgodnie z wcześniejszym rozkazem Bora zostały do minimum ograniczone i nie miały już jakiegokolwiek większego znaczenia militarnego, wyląduje w okolicach Żarek pod Częstochową brytyjska misja wojskowa płk Hudsona, której działalność trwała raptem trzy tygodnie do zajęcia tych terenów 17 stycznia przez wojska radzieckie. Ten negatywny stosunek aliantów zachodnich do planów prowadzenia walk zbrojnych przez AK w strefie działań operacyjnych wojsk radzieckich ujawni się w pełni właśnie podczas powstania warszawskiego. O ile np. Naczelny Dowódca Sił Sprzymierzonych w Europie gen. D. Eisenhower uznał wręcz błyskawicznie francuską armię podziemną ,, Maquis” za kombatantów, o tyle uznanie AK napotykało na duże kłopoty. Rozpoczęte 26 lipca starania ambasadora Edwarda Raczyńskiego o wydanie przez rząd brytyjski oświadczenia o przysługujących żołnierzom AK prawach kombatanckich wynikających z Konwencji Genewskiej z 1929 oraz o ogłoszenie komunikatu radiowego w tej sprawie trwały przeszło miesiąc. Prowadził je również wicepremier Jan Kwapiński, premier Mikołajczyk, minister Romer. Dopiero na skutek ciągłych nacisków, rząd brytyjski przyjął 29 sierpnia i ogłosił w prasie 30 sierpnia oświadczenie uznające AK za siłę kombatancką, integralną część polskich sił zbrojnych na Zachodzie, ostrzegające Niemców przed gwałceniem przepisów prawa wojennego. W tym samym dniu identyczną deklarację ogłosił rząd USA. Mimo, że sytuacja - rozstrzeliwanie przez Niemców rannych i wziętych do niewoli powstańców - wymagała natychmiastowego wydania takiego oświadczenia, rząd brytyjski zwlekał i wydał je dopiero po miesiącu walk w Warszawie . Podobnie będzie wyglądała sytuacja odnośnie pomocy dla powstania. Na przedłożoną 26 lipca sugestię o pomocy na wypadek powstania, 28 lipca rząd brytyjski poinformuje stronę polską za pośrednictwem sekretarza stanu Cadegana o swym negatywnym stanowisku w sprawie możliwości udzielenia pomocy walczącej Warszawie. Po wybuchu powstania, w tej sprawie interweniować będzie u władz brytyjskich i amerykańskich ciągle ambasador Raczyński, premier Mikołajczyk, wicepremier Kwapiński. Do żon prezydenta Roosvelta i premiera Churchilla w imieniu kobiet polskich apel wystosuje Helena Sikorska. Łączną depeszę do Roosvelta i Churchilla wystosują: Rada Jedności Narodowej, Delegat Rządu na Kraj oraz Komendant AK, a do wicepremiera brytyjskiego Attlee Centralny Komitet Polskiej Partii Socjalistycznej. Strona aliancka brak większego wsparcia dla walczącej Warszawy tłumaczyć będzie przeszkodami natury technicznej (odległość), operacyjnej (strefy działań), chociaż miały one w dużym stopniu podłoże polityczne możliwe do usunięcia przy odrobinie dobrej woli z ich strony. Oczywiście, że loty ze względu na swą długość nad terenami nieprzyjacielskimi nie należały do bezpiecznych ale jednak były prowadzone bombardowania obiektów leżących w dalszej odległości od baz, niż Warszawa jak np. w Królewcu, Ploesti, Bukareszcie, Drohobyczu itd. Opóźnione dostawy (na około 200 zrzutów 130 wpadło w ręce niemieckie) dzięki uporczywym staraniom strony polskiej, zwłaszcza w trzeciej dekadzie września zadecydowały o wyjątkowo niepomyślnym przebiegu powstania. W początkowej fazie powstania na skutek braku amunicji powstańcy nie byli w stanie wywalczyć sobie dogodnego oparcia o granice miasta, zlikwidować dokonanego przez jednostki niemieckie podziału miasta na odseparowane dzielnice, w których później oddziały powstańcze były z łatwością niszczone. Z braku broni i amunicji powstańcy nie mogli prowadzić dłużej i na większą skalę działań zaczepnych i krwawo wywalczone w początkowej fazie w miarę korzystne pozycje w mieście szybko utracili. Nasuwa się tutaj zarazem pytanie, czy w takim razie dostarczone przez aliantów w sumie skromne środki walki i to w niekorzystnym, późniejszym już okresie nie przedłużyły tylko trwającej tragedii i agonii powstania? Niewątpliwie tak. Wierny jak się okazało ale nie główny ich aliant zostanie wprowadzony w błąd, zdradzony i osamotniony, czego wcześniej przywódcy obozu londyńskiego jakoś nie przewidywali. Zrozumieli to poniewczasie przywódcy walczącego podziemia, czego przykładem będą kierowane do narodu odezwy, apele przepełnione goryczą i bólem. A oto wyjątek z takiej odezwy do Narodu z dnia 3 października 1944 r. wystosowanej przez Radę Jedności Narodowej i Krajową Radę Ministrów, w której m.in. czytamy: Podjęliśmy jawną walkę w Warszawie nie w tej intencji, abyśmy mieli sami Niemców pobić. Byliśmy na to za słabi liczbą i uzbrojeniem. Liczyliśmy na pomoc /.../ naszych Aliantów Zachodnich. Zawiedliśmy się. Skutecznej pomocy nie otrzymaliśmy. Potraktowano nas gorzej, niż sprzymierzeńców Hitlera: Italię, Rumunię, Finlandię. Walczyliśmy więc samotnie przez dziewięć tygodni. Walczyliśmy na gruzach Warszawy, na gruzach tego wszystkiego co kochamy, co jest pamiątką naszej wielowiekowej przeszłości. Krew nasza wsiąkła obficie w Świętą Ziemię Polską. A kiedy żołnierze nasi wystrzelali ostatnie, zdobyte na nieprzyjacielu pociski, kiedy matki dzieci naszych nie miały już czym karmić, ani napoić, kiedy długie kolumny ludzi nie znajdowały już wody w wypróżnionych studniach, kiedy trupy umarłych z głodu zaczęliśmy wyciągać z piwnic - nie mieliśmy żadnych możliwości prowadzenia dalszej walki i walkę tę przerywamy. Sierpniowe powstanie z powodu braku pomocy upada w tej samej chwili, gdy Armia nasza pomaga wyzwolić się Francji, Belgii i Holandii. Powstrzymujemy się dziś od sądzenia tej tragicznej sprawy. Niech Bóg Sprawiedliwy oceni straszną krzywdę, jaka Naród Polski spotka i niech wymierzy słuszną karę jej sprawcom... (Polskie Siły Zbrojne w II Wojnie Światowej, Londyn t. III, s.884-5).


3.Droga do decyzji i wydania rozkazu

Pierwszy kompleksowy plan walk zbrojnych z okupantem niemieckim zwany ,,powstaniem powszechnym” zakładał ich podjęcie przy ścisłym współdziałaniu z aliantami zachodnimi w warunkach korzystnych, w końcowej fazie wojny, w sytuacji całkowitego załamania i rozkładu III Rzeszy oraz armii niemieckiej. W późniejszym okresie, wraz ze zmianą sytuacji militarnej, przewidywanym wyzwoleniu ziem polskich przez front nadciągający ze wschodu, ten plan powstania powszechnego zostaje zastąpiony opracowanym w październiku 1943 roku, a obowiązującym od stycznia 1944 roku planem ,,Burza” zakładającym nękanie tylnych straży wycofujących się wojsk niemieckich, zajmowanie miejscowości po ich opuszczeniu przez okupanta, a przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Określone w obu tych głównych wyżej wymienionych planach warunki do podjęcia działań zbrojnych nie będą spełnione tak 31 lipca w chwili wydania rozkazu, jak i w dniu 1 sierpnia, w chwili rozpoczęcia powstania. Operacja ,,Burza” - mająca przebiegać strefami wraz z przesuwaniem się frontu wschodniego na Zachód, żeby nie narażać na zniszczenia miejscowości, na odwet niemiecki ludność cywilną, zwłaszcza w rejonach większej koncentracji wojsk niemieckich, w których właśnie na przełomie lipca i sierpnia znalazła się Warszawa - nie zakładała żadnych większych działań zbrojnych. Niezależnie od tych ogólnych założeń, zarządzenie z marca 1944 roku uzupełniające plan ,,Burza” nie przewidywało w ogóle walk zbrojnych, powstania w Warszawie. Również ogólne sformułowanie Naczelnego Wodza gen. Sosnkowskiego zawarte w depeszy z 7 czerwca 1944 roku do gen. Bora, na które powołują się zwolennicy wybuchu powstania - gen. Okulicki i inni, mające charakteru porady lecz nie rozkazu, mówiące o opanowaniu w korzystnych okolicznościach w ostatnich chwilach odwrotu niemieckiego, a przed wkroczeniem Armii Czerwonej na okres przejściowy i krótkotrwały Wilna, Lwowa, innego większego centrum, nie wymienia Warszawy. Sformułowanie - opanowanie oznaczało tutaj głównie zajęcie danej miejscowości po opuszczeniu jej przez wojska niemieckie, zorganizowanie władzy cywilnej, wojskowej, następnie ujawnienie się jej wobec wkraczających wojsk radzieckich w roli gospodarza. Większe walki zbrojne zwłaszcza w miastach, których przeciwnikiem w ogóle z przyczyn politycznych był sam gen. Sosnkowski, nie mieściły się w planie ,,Burza”. Mimo wyłączenia Warszawy z walk zbrojnych i wywożenia na prowincję zapasów broni tam potrzebnej dla prowadzania operacji ,,Burza”, na spotkaniu, które rzekomo odbyło się w dniu 21 lipca 1944 roku, gen. Okulicki w obecności gen. Pełczyńskiego miał wystąpić do Komendanta KG AK gen. Bora - Komorowskiego z inicjatywą przeprowadzenia w stolicy zbrojnego powstania. Nad tym jak skłonić Komendanta AK gen. Bora i Delegata na Kraj Jankowskiego do wydania decyzji i rozkazu o rozpoczęciu powstania w Warszawie, jego zwolennicy w KG AK często dyskutowali. I tak na przykład kilka dni wcześniej na spotkaniu prawdopodobnie około 16 lipca 1944 r. w lokalu konspiracyjnym przy alei Niepodległości nad tą kwestią właśnie debatowali: szef sztabu gen. Pełczyński, jego zastępca gen. Okulicki oraz płk Szostak - szef Oddziału III KG AK. Głównymi argumentami za podjęciem działań zbrojnych w Warszawie wbrew wcześniejszym planom i ustaleniom, na spotkaniu trzech generałów w rzekomym dniu 21 lipca 1944 roku miały być informacje o rozpoczęciu ofensywy I Frontu Białoruskiego z zachodniego Wołynia, klęskach niemieckich na froncie wschodnim oraz zamachu na Hitlera. Niestety na to czy faktycznie, wyłącznie sama sytuacja militarna na froncie wpłynęła na przyjęcie koncepcji przeprowadzenia w Warszawie powstania i to w dniu 21 lipca, nie ma żadnych wystarczających materialnych dowodów. W depeszy wysłanej tego samego dnia do sztabu Naczelnego Wodza, gen. Bór nic nie wspomina o planach przeprowadzenia walki zbrojnej w Warszawie, a jedynie o sytuacji na froncie, zamachu na Hitlera, możliwościach załamania Niemiec oraz o wydaniu rozkazu stanu czujności do powstania z dniem 25 lipca godzina 001, nie wstrzymując przez to dotąd wykonywanej ,,Burzy”.(Studium Polski Podziemnej, Armia Krajowa w Dokumentach 1939-1945, Londyn 1977 r., T.IV, s.2). Wspomniany w depeszy rozkaz stanu czujności do powstania nie wynikał z ustaleń narady odbytej w dniu 21 lipca w sprawie powstania w Warszawie, gdyż został wydany kilka dni wcześniej, o czym gen. Bór informuje Sztab Naczelnego Wodza w drugiej depeszy (1407) też z 21 lipca , podając: Na skutek możliwości załamania się Niemców zarządziłem w dniu 17 lipca stan czujności do powstania od dnia dwa pięć lipca godz. 001.(Studium Polski Podziemnej, Armia Krajowa …T.IV, s.2). Rozkaz ten zawierający w sobie określenie ,,powstanie” nie dotyczył Warszawy, a głównie prowincji i nie oznaczał również powrotu do tzw. planu przeprowadzenia powstania powszechnego, grugiej depeszy (1407) też z 21 lipca, podając: dyż realizowany był - o czym mówi inna depesza z tego samego dnia - plan opracowany później, plan ,, Burza”. Wydany 17 lipca 1944 roku rozkaz stanu czujności do powstania nie tylko w związku z możliwością załamania się Niemców ale głównie z powodu zbliżającego się frontu wschodniego miał na celu ukierunkować AK w terenie na zachowanie w nowej sytuacji, strefie operacyjnych działań armii radzieckiej, szczególnej ostrożności. Również w depeszy jaką wysłał gen. Bór następnego dnia czyli 22 lipca 1944 roku do Sztabu Naczelnego Wodza nie ma żadnej wzmianki o jakże ważnym ustaleniu trzech generałów rzekomo w dniu 21 lipca, a dotyczącym powstania w Warszawie. Depesza głównie skoncentrowała się nad sposobami uniemożliwienia ZSRR uzyskania wpływów w Polsce. Uznano, że wsparcie Anglosasów dla tej kampanii politycznej może nastąpić tylko wtedy, jeśli wykażemy zdecydowaną wolę wygrania jej i umiejętnie rzucimy na szalę wszystkie środki.(Studium Polski Podziemnej, Armia Krajowa… s.3). W depeszy tej podkreślano konieczność przeciągnięcie na stronę tzw. obozu londyńskiego (Rząd, RJN, Delegatura, AK) społeczeństwa polskiego, które w dużej części negatywnie oceniało rządy przedwrześniowe w Polsce, obciążało sanację za klęskę wrześniową i oczekiwało na reformy społeczno-polityczne w wyzwolonym spod okupacji niemieckiej Kraju. Cel ten zamierzano jak informuje depesza osiągnąć poprzez:

a. Odebranie Sowietom inicjatyw reform społecznych w Polsce i dokonanie natychmiast takich pociągnięć prawnych, które by natchnęły szerokie masy ludowe wsi i miast pełnym zaufaniem do polskiego czynnika kierowniczego...
b. Podjęcie szerokiej próby wyrwania z rąk Sowietów masy żołnierzy Armii Berlinga i AL... Energiczna agitacja w szeregach Armii Berlinga prowadzona przez wszystkich, wszelkimi środkami (przenik) - podstawą tej akcji musi jednak być uświadomienie w dokonywującej się przebudowie społecznej...
W tej prowadzonej walce głównie z lewicą związaną z ZSRR o zdobycie wpływów w społeczeństwie polskim, dążenia obozu londyńskiego do przebudowy państwa polskiego miały być potwierdzone jak najszybciej odpowiednimi manifestami i dekretami władz krajowych o przebudowie ustroju Polski obejmującego przejęcie bez odszkodowania na rzecz reformy rolnej wielkiej własności ziemskiej, o uspołecznieniu głównych gałęzi produkcji przemysłowej i ustanowieniu rad załogowych, o upowszechnieniu oświaty i opieki społecznej. Najważniejszym celem politycznym obozu londyńskiego w tym okresie nie będzie już walka z okupantem niemieckim, którego klęska była przesądzona, ale o władzę i to wyłącznie dla siebie w wyzwolonej spod okupacji niemieckiej Polsce. I właśnie walka zbrojna z Niemcami w Warszawie jako pewna forma demonstracji politycznej służyć miała temu nadrzędnemu celowi politycznemu. Niepotrzebną walkę, przegraną, skutkującą olbrzymimi stratami, będzie się później tłumaczyć wyłącznie walką o niepodległość. A przecież każda decyzja o rozpoczęciu walk, a zwłaszcza o niepodległość wymaga szczególnego rozsądku, realizmu i kierowania się logiką oraz prawidłowego rozeznania sytuacji. Bilans strat biologicznych, ekonomicznych i zysków politycznych powinien być w miarę możliwości jak najbardziej korzystny, a nie tragiczny.

Gen. Bór o zamiarze podjęcia walki zbrojnej informuje, mimo rzekomych ustaleń w dniu 21 lipca, szefa Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza dopiero depeszą z 25 lipca 1944 roku pisząc: Jesteśmy gotowi w każdej chwili do walki o Warszawę. Przybycie do tej walki Brygady Spadochronowej będzie miało olbrzymie znaczenie polityczne i taktyczne. Przygotujcie możliwość bombardowania na nasze żądanie lotnisk pod Warszawą. Moment rozpoczęcia walki zamelduję. (Studium Polski Podziemnej, Armia Krajowa… s.11). Data wysłania tej informacji wskazuje na to, że ustalenia co do podjęcia walk w Warszawie nie miały miejsca 21 lipca 1944 roku, o czym przekonywano dopiero w latach powojennych, lecz kilka dni później, a więc w dniu jej wysłania 25 lipca bądź dzień wcześniej czyli 24 lipca 1944 roku. Rozpoczęte dopiero pod koniec lipca w sztabie KG AK dyskusje w sprawie działań zbrojnych w Warszawie również wskazują na to, że te ustalenia nastąpiły nie wcześniej jak około 25 lipca 1944 roku. Szef Oddziału VI KG AK płk Jan Rzepecki, zwolennik przedwczesnego wybuchu powstania, pisze na ten temat: W dniach 21, 22, 23 i 24 nie byłem jednak wzywany na żadne zebranie. Nie wiedziałem nic o decyzjach powziętych 21 lipca i obradach z Delegatem i Komisją Główną RJN. Wprowadzenie stanu pogotowia dla okręgu warszawskiego jakoby bez wiedzy gen. Bora nastąpiło w dniu 27 lipca po otrzymaniu informacji o tych ustaleniach przez płk Chruściela. Decydującym zatem czynnikiem mającym wpływ na przyjęcie przez gen. Bora propozycji gen. Okulickiego o przeprowadzeniu powstania w Warszawie będzie głównie nie tyle sytuacja militarna na froncie, zamach na Hitlera, panika niemiecka na ulicach stolicy w dniach 22-25 lipca, ale przede wszystkim informacja podana wieczorem 24 lipca 1944 r. przez radio Moskwa o utworzeniu PKWN i jego manifeście. Podawana w latach powojennych data 21 lipca 1944 roku jako data przyjęcia przez gen. Bora koncepcji gen. Okulickiego o walce w Warszawie miała sugerować, że decyzja, która doprowadziła do wielkiej tragedii miasto i jej ludność nie zrodziła się z przyczyn politycznych, walki o władzę w Polsce, lecz czysto wojskowych. Oczywiście, że nie doszłoby do tej tragicznej decyzji w sprawie Warszawy i sytuacja polityczna w chwili wkraczania Armii Czerwonej na terytorium Polski byłaby całkowicie inna, gdyby umożliwiono wejście PPR w skład podziemnego parlamentu (RJN), o co zabiegał Władysław Gomułka prowadzący bezskuteczne rozmowy z przywódcami podziemia londyńskiego w 1943 roku. Sam natomiast pomysł wywołania powstania w Warszawie jako formy manifestacji politycznej skierowanej przeciwko ZSRR przywiozła z Londynu do Kraju zaufana osoba gen. Sosnkowskiego - gen. Okulicki. Mimo, że zarządzenie z marca 1944 r. wyłączyło Warszawę ze strefy walk, gen. Okulicki poza plecami Komendanta AK gen. Bora nakłania oficerów Komendy Głównej AK do zorganizowania powstania. Przekonywał ich, że powstanie poruszy sumienie aliantów i świata, doprowadzi do rozerwania ich sojuszu z ZSRR i być może konfliktu zbrojnego między nimi, podważy również ustalenia teherańskie, dotyczące stref wpływów w Europie, a w przypadku gdyby Armia Czerwona nie przekroczyła w czasie powstania Wisły, Warszawa swoją śmiercią miała dać dodatkowe argumenty na rzecz prowadzenia w społeczeństwie propagandy antyradzieckiej. I tak na przykład podaje płk Sanojca, że w połowie czerwca 1944 roku nocował u niego gen. Okulicki, który krytykował ostro dowództwo AK jako sklerotyków, tchórzy, zarzucając mu wyłączenie Warszawy ze strefy walk twierdząc, że stolica musi walczyć niezależnie od ceny. Podczas rozmów w czerwcu i lipcu 1944 r. z płk Irankiem, gen. Okulicki z jednej strony twierdził, że ze względu na możliwość wybuchu III wojny światowej będącej jakoby dla Polski nową szansą, należy zaprzestać z Niemcami walk w kraju i chronić maksymalnie nasze siły, przede wszystkim młodzież, a z drugiej strony nakłaniał uporczywie do przeprowadzenia powstania z chwilą opuszczenia Warszawy przez Niemców ale przed wkroczeniem wojsk radzieckich. Odpowiedziałem mu - podaje płk Iranek - że nie można ryzykować zniszczenia Warszawy i moim zdaniem powinniśmy organizować walkę wokół Warszawy jak to przewidywano w planie ,, Burza”. On jednak utrzymywał, że Warszawa powinna zaprotestować, nawet gdybyśmy wszyscy mieli zostać pogrzebani pod gruzami.(Jean F. Steiner, Warszawa 44…s.43).

W dniu 9 lipca gen. Okulicki podczas spotkania z płk Plutą-Czachowskim przekonywał go o konieczności podjęcia walki w Warszawie, która miała być odpowiedzią na Teheran oraz do zmian na naczelnych stanowiskach wojskowego i cywilnego podziemia. Okulicki podczas rozmowy argumentował przeprowadzenie działań zbrojnych w Warszawie trudnościami w przerzucie w krótkim czasie broni poza miasto. Obawiał się, że wychodzenie uzbrojonych oddziałów z miasta może doprowadzić do przedwczesnych walk, natomiast oddziały, które wyjdą bez broni, mogą nigdy już jej nie otrzymać. Nie brał pod uwagę faktu, że Warszawa posiadała bardzo skromne zapasy broni wywożonej na tereny wschodnie w związku z marcową decyzją o tym, że w mieście nie będzie żadnych walk zbrojnych. Wielki transport broni wysłano już po przybyciu gen. Okulickiego w czerwcu w okolicę Białegostoku, a ostatnie wysyłano w połowie lipca. Wraz z bronią Warszawę opuszczali również najlepsi oficerowie zrzucani z Zachodu. Ponadto i Warszawa potrzebowała pewnej ilości broni ale dla ewentualnej obrony ludności cywilnej przed wybrykami wycofujących się wojsk, zwłaszcza tzw. formacji wschodnich w służbie niemieckiej. Wychodząc z założenia, że Warszawa musi być wyzwolona wyłącznie przez AK, nie brał gen. Okulicki pod uwagę środków jakimi dysponuje, nie zapoznał się nawet dokładnie z planem ,, Burza” dotyczącym miast, uważając z góry ten plan za tchórzowski. Agitacja jego wśród oficerów KG AK trwała od początku czerwca, od chwili przybycia do Polski. Bezpośrednio do gen. Bora z koncepcją walki w Warszawie zwróci się, wykorzystując sytuację zwłaszcza polityczną, wspierany przez gen. Pełczyńskiego dopiero w trzeciej dekadzie lipca. Jedną z pierwszych osób poinformowanych oficjalnie o planie przeprowadzenia powstania w Warszawie będzie dowódca Obszaru Warszawskiego AK gen. Albin Skroczyński ,,Łaszcz” (były oficer armii rosyjskiej w I wojnie światowej, ciężko ranny w 1939 roku, gen. brygady od 1942), któremu ze względu na jego realistyczne i negatywne stanowisko wobec tej koncepcji odebrano dowództwo nad siłami AK w Warszawie. Spotkanie to, w którym uczestniczyli gen. Bór, gen. Pełczyński, gen Okulicki, płk Monter, szef sztabu Obszaru Warszawskiego płk Frączek tak oto relacjonował gen. Skroczyński: O walce w Warszawie usłyszałem po raz pierwszy od marca, kiedy to oznajmiono mi decyzję, że Warszawa nie znajdzie się w strefie walk. Wydawało mi się to bardzo rozsądnym zarządzeniem. Byłem odpowiedzialny za stronę wojskową Obszaru Warszawskiego AK, tj. nie tylko okolic ale także samego miasta, a znając tragiczną słabość naszych środków wiedziałem, że jakakolwiek walka zakończy się masakrą. Po zasięgnięciu opinii mojego szefa sztabu (płk Frączka) powiedziałem Pełczyńskiemu, że nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji, która jest niczym innym jak samobójstwem. Zbladł nieco i odparł, że decyzja została już powzięta i że nie ma o czym dyskutować. Zwróciłem się do Bora i poprosiłem go o odwołanie decyzji, lecz nic mi na to nie opowiedział. Zażądałem wówczas, by ta rozmowa została zaprotokółowana, wyjaśniając, że nie chcę odpowiadać za takie szaleństwo. Wówczas Pełczyński oświadczył mi, że nie ma powodów do niepokoju, gdyż od tej chwili siły znajdujące się w Warszawie już nie podlegają mnie, lecz zostały podporządkowane Komendzie Głównej. Nie pozostało mi nic innego jak wstać i wyjść, co też chłodno pożegnawszy się uczyniłem. (Jean F. Steiner, Warszawa 44… s.80). Według gen. Tatara jedną z przyczyn pozbawienia gen. Skroczyńskiego ,,Łaszcza” dowództwa nad siłami AK w Warszawie będzie dążenie do odebrania kontroli nad wojskiem przez oficerów - piłsudczyków z rąk starych oficerów armii carskiej, do których należał Łaszcz. Po mnie i Bokszczaninie przyszła kolej na Łaszcza. Co nam zarzucano? Nasz realizm, odrzucanie złudzeń, chęć nie narażania Polski na nową szarżę szwoleżerów równie krwawą jak bezużyteczną.

O tym iluzorycznym podejściu do kształtującej się sytuacji, braku realizmu, odpowiedzialności i odpowiednich kompetencji wojskowych podejmujących decyzję o powstaniu oraz ich słabym rozeznaniu w sytuacji świadczy już chociażby fragment tekstu wcześniej przytoczonej depeszy z 25 lipca, informującej Sztab Naczelnego Wodza w Londynie o planowanym powstaniu. Prośba w tej depeszy o przysłanie ze względów politycznych, militarnych, psychologicznych do Kraju brygady spadochronowej wskazuje również o nieinformowaniu wcześniej przez Naczelnego Wodza gen. Sosnkowskiego Komendanta Głównego AK gen. Bora o rzeczywistej sytuacji polityczno-wojskowej poza granicami Kraju. Już wszakże 6 czerwca 1944 r. w oparciu o uchwałę rządu i za zgodą Naczelnego Wodza brygada spadochronowa została podporządkowana naczelnemu dowództwu wojsk alianckich. Ale dopiero w depeszy z 2 sierpnia gen. Sosnkowski przebywający wówczas we Włoszech, do którego jeszcze nie dotarła informacja o wybuchu powstania, wysłał depeszę do szefa sztabu gen. Kopańskiego przebywającego w Londynie z poleceniem o poinformowanie gen. Bora, żeby na żadne wsparcie nie liczył. W zakończeniu depeszy czytamy: Ze względu na przewidziane trudności polityczne, które słusznie Pan Generał podkreśla, trzeba natychmiast powiedzieć Dowódcy AK jasno i uczciwie, by na żadne wsparcie nie liczył. Jest to bardzo ważne, gdyż prawdopodobnie dowódca AK w dużej mierze uzależnia swoje decyzje operacyjne od tego wsparcia. W następnej depeszy do Naczelnego Wodza wysłanej po wybuchu powstania 8 sierpnia gen. Bór, do którego jeszcze nie dotarła depesza szefa sztabu gen. Kopańskiego, m.in. pisze: Jesteśmy w bardzo ciężkim położeniu. Przysłanie brygady spadochronowej może przesądzić losy Warszawy. Znany pilot gen. Ludomir Rayski stwierdzi po wojnie, że przerzut brygady spadochronowej do Warszawy był niemożliwy również ze względów technicznych, gdyż około 15 godzinny przelot transportowych Dakot D2 trwałby około 7-8 godzin przy świetle dziennym nad terytorium nieprzyjaciela. Ileż strat poniosłyby Dakoty wiozące desant?, zapytuje gen. Rayski. W przedmowie do książki gen. Sosabowskiego p.t. Najkrótszą drogą (s. XII-XIII) gen. Sosnkowski całkowicie odetnie się od pomysłu użycia brygady w Warszawie. Uzna to za niemożliwe również pod względem technicznym i operacyjnym. …Zrzucenie brygady lub jej części na dachy domów wielkiego miasta (w którym nota bene szalały już liczne pożary ) byłoby eksperymentem bez precedensów dla zrzutów spadochronowych, a czymś całkowicie niewykonalnym dla szybowców przewożących ciężki sprzęt bojowy. …W tych warunkach i wobec braku współdziałania brytyjskiego z powietrza brygada spadochronowa, prawdopodobnie pozbawiona broni ciężkiej i zdziesiątkowana podczas dalekiego przelotu i podczas lądowania, mogła jedynie pomnożyć – i to w nieznacznych stosunkowo rozmiarach – siły powstańcze w Puszczy Kampinowskiej bez większego wpływu na przebieg walk w Warszawie.

O ile wśród większości oficerów KG AK pojawiło się częściowo pod wpływem agitacji gen. Okulickiego przekonanie, że ze względów głównie politycznych, a nie militarnych zryw zbrojny w Warszawie jest wskazany, o tyle opinie co do czasu jego rozpoczęcia były mocno podzielone. I tak na porannej odprawie KG AK z udziałem Delegata Rządu w dniu 26 lipca 1944 roku, kiedy wszyscy byli jeszcze pod wpływem wycofywania się od 22 lipca pomocniczych wojskowych oddziałów niemieckich, ale nie liniowych, ich magazynów i baz remontowych, ewakuacji niemieckiej ludności cywilnej oraz administracji dystryktu, za rozpoczęciem walk za dwa dni w dniu 28-go lipca wypowiedział się gen. Leopold Okulicki (,,Kobra”) zastępca szefa sztabu, płk inż. Antoni Sanojca (,,Kortum”) szef Oddziału I, płk dypl. Józef Szostak (,,Filip”) szef Oddziału III, płk dypl. Jan Rzepecki (,,Prezes”) szef Oddziału VI-BIP oraz płk Antoni Chruściel (,,Monter”) dowódca Okręgu Warszawskiego. Atmosferę pewnego zażenowania wśród uczestników odprawy wprowadził płk Chruściel, który przekazując nierzetelne informacje o wzmacnianiu przez Niemców terenów podwarszawskich oddziałami o słabej wartości bojowej, zwrócił zarazem uwagę na fatalny stan uzbrojenia oddziałów AK. Płk dypl. Kazimierz Pluta-Czachowski (,,Koczuba”) szef Oddziału V zaproponował ze względu na brak współdziałania operacyjnego AK z Armią Czerwoną podjęcie akcji zbrojnej w momencie forsowania przez nią mostów, przeprawiania się przez Wisłę w Warszawie i jej okolicach. O niejasnej sytuacji militarnej na wschód od Warszawy, koncentracji świeżych posiłków niemieckich w tym trzech doborowych dywizji pancernych mówił na odprawie płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki (,,Heller”) szef Oddziału II, zalecając jednocześnie szczególną ostrożność, a także nie przyspieszanie decyzji o rozpoczęciu walk, lecz jej odwlekanie w celu wyklarowania się sytuacji. Podobne stanowisko na odprawie, przeciwne próbie podjęcia decyzji o rozpoczęciu walk w dniu 28.07.1944 nieuzasadnionej sytuacją militarną wokół Warszawy, zajęli również gen. Albin Skroczyński (,,Łaszcz”) dowódca Obszaru Warszawskiego, płk dypl. Janusz Bokszczanin (,,Sęk”) II zastępca szefa sztabu oraz ppłk Ludwik Muzyczka (,,Benedykt”) szef kadr. Niektórzy uznali ale po latach, już po wojnie, w tym m.in. płk Iranek-Osmecki, płk Rzepecki, że najbardziej korzystnym momentem na rozpoczęcie powstania był okres ewakuacji administracji niemieckiej, odwrotu pomocniczych oddziałów wojsk niemieckich, opuszczania w popłochu przez Niemców Warszawy, ułatwiający opanowanie przez powstańców miasta, jego ważnych punktów. Ostatni dzień tej chaotycznej ewakuacji Niemców przypadający na 25 lipca miał być najkorzystniejszym momentem do rozpoczęcia walk, do opanowania całej Warszawy wraz z mostami, a nie tylko części ulic, oddzielonych enklaw w mieście, co nastąpiło 1 sierpnia. Trudno pogląd ten uznać za w pełni słuszny, gdyż i wcześniejszy wybuch powstania ułatwiający jedynie zajęcie powstańcom większej części miasta, ważnych punktów strategicznych wcale nie gwarantował jego pomyślnego zakończenia, ponieważ w gruncie rzeczy wszystko tutaj zależało od przebiegu ofensywy wojsk radzieckich na lewy brzeg Wisły, lewobrzeżną Warszawę. Do stłumienia tego wcześniej rozpoczętego powstania niewątpliwie Niemcy użyliby doborowych jednostek wojskowych przerzucanych w tym okresie na prawy brzeg Wisły, a po ewentualnym zajęciu przez wojska radzieckie Pragi, z lewobrzeżnej Warszawy uczyniliby główne centrum swojego oporu na środkowej Wiśle. Już wszakże 26.07.1944 r. czyli w dniu omawianej tutaj porannej odprawy Komendy Głównej AK miał miejsce przemarsz ulicami Warszawy kierowanych na front wschodni oddziałów spadochronowych, pancernej dywizji Herman Göring odwołanej z frontu włoskiego. W swym raporcie do władz GG Ludwik Fischer napisze, że: U dowódcy 9 armii generała von Vormana ( dowódca 9 armii od 26.06. do 21.09.1944 r., autor między innymi wydanej w 1958 roku w Weissenburgu książki ,,Der Feldzung 1939 in Polen”) wyjednałem rozkaz przeprowadzenia ostentacyjnie wszystkich przybywających oddziałów przez Warszawę w kierunku z zachodu na wschód, ażeby ludność polska, po deprymującym wrażeniu wielotygodniowego odwrotu, ujrzała znowu niemiecką armię rozwiniętą do działania. Nadzwyczaj mocne wrażenie wywarło kilka nowych formacji, które w ciągu dzisiejszego dnia przeszły ze śpiewem ulicami Warszawy w drodze na front, demonstrując świetną postawę. W następnym dniu tj. 27 lipca na ulicach Warszawy pojawiają się już wzmocnione patrole żandarmerii i SS, żołnierze Legionu Wschodniego oraz wojska Własowa, a Ludwik Fischer, próbując przytłumić powstańcze nastroje wśród ludności, nakazuje ogłoszenie o godz. 17 przez uliczne megafony zarządzenia wzywającego do stawienia się następnego dnia 100 tys. ludzi do robót fortyfikacyjnych, jak również odezwy zapewniającej ludność polską, że wojska niemieckie tak jak polskie w 1920 roku odeprą bolszewików od miasta i że nie wolno opuszczać miejsc pracy. Okupacyjne władze dystryktu intensywną antyradziecką propagandę prowadziły w Warszawie już od wielu miesięcy w ramach akcji ,,Berta” na łamach prasy niemiecko i polskojęzycznej, w radiu, kronikach filmowych i jej natężenie wzrasta wraz ze zbliżaniem się frontu wschodniego. Wiosną na przykład szczególnie mocno nagłaśniano antyradzieckie memorandum przyjęte na synodzie 14 marca 1944 r. przez 11 biskupów ukraińskich, a złożone uroczyście gubernatorowi dystryktu Fischerowi. Gdy zaś front przesunął się na teren Wołynia, w rejon Tarnopola, całą serię masowych wieców i zebrań w tym w zakładach pracy władze niemieckie zorganizowały pod hasłem ,,Bastion wschodni w walce z bolszewizmem”, na których przemawiali przedstawiciele władz cywilnych i Wehrmachtu. W samej tylko Warszawie w maju zorganizowano 19 wieców pod hasłem ,,Bastion wschodu”, na których podsycano w społeczeństwie polskim silną wrogość do nadciągających wojsk radzieckich. Ta antyradziecka i antyrosyjska propaganda niemiecka niepokoiła nie tylko lewicowe koła ale wszystkich realnie myślących polityków i wojskowych. I tak np. w piśmie do prezydenta Raczkiewicza już z dnia 21.12.1944 roku gen. broni Lucjan Żeligowski, poruszając sprawę powstania napisze, że w/.../ marcu br. jako poseł na sejm warszawski (wydałem) odezwę do rodaków, przypominając im, że jesteśmy Słowianami, wezwałem do czujności wobec fałszerstw niemieckich, zdążających do wywołania zatargu zbrojnego między bratnimi słowiańskimi narodami polskim i rosyjskim... Prawda idei słowiańskiej jest szczególnie wyraźna w dobie obecnej. W niej bowiem tkwi największa siła Polski moralna i historyczna. (Zeszyty Historyczne, Paryż 1990 z.91, s. 84). Niemcy zresztą nawet po klęsce powstania wykorzystywać będą nie zdobycie wówczas przez armię radziecką Warszawy w swojej propagandzie i swoich działaniach. Mimo popełnionych zbrodni próbują nawet nakłaniać do wspólnych działań przeciwko Armii Czerwonej. Z taką propozycją wystąpi podczas rozmowy 4 października 1944 roku w Ożarowie gen. SS von dem Bach wobec gen. Bora, który wydał już rozkaz ograniczenia do minimum akcji ,,Burza”. Nie wątpił (gen. Bach) - pisze gen. Bór – że po ostatnich doświadczeniach Polacy nie będą mieć żadnych złudzeń co do wrogich zamiarów Sowietów w stosunku do Polski. Niemcy i Polacy stoją wobec wspólnego niebezpieczeństwa i mają tego samego wroga. Oba narody powinny zatem zaprzestać waśni i pomyśleć o wspólnej obronie. Odpowiedziałem na to, aby uniknąć wszelkich nieporozumień i wyjaśnić swoje stanowisko, że podpisałem kapitulację oddziałów Armii Krajowej w Warszawie i jestem gotów lojalnie ją wykonać. Kapitulacja nie zmienia jednak w niczym stosunku Polski do Niemiec, z którymi od 1 września jesteśmy w stanie wojny. Jakiekolwiek są nasze uczucia w stosunku do Rosji, pojęcie ,, wspólnego” wroga nie istnieje dla mnie, gdyż wrogiem Polski są w dalszym ciągu Niemcy. (T. Bór- Komorowski, Armia Podziemna, Londyn 1985 r., s.349).

W tym samym dniu, kiedy Fischer ogłasza swoje zarządzenie wzywające 100 tys. warszawiaków do prac fortyfikacyjnych i odezwę o obronie przed nadciągającą Armią Radziecką Warszawy przez Niemców, w Moskwie ogłoszono tekst porozumienia z poprzedniego dnia, z 26 lipca zawartego między Stalinem, a PKWN, uznającego Komitet za tymczasową władzę wykonawczą w Polsce ale nie za rząd tymczasowy, administrującą terenami na zachód od linii Curzona, odpowiedzialną za polsko-radziecką współpracę. W porozumieniu Związek Radziecki zobowiązał się popierać prawa Polski do granicy na Odrze i Nysie . W art.4 czytamy: Rząd ZSRR uznał również, że granica między Polską a Niemcami winna być ustalona wzdłuż linii na zachód od Świnoujścia do rzeki Odry, pozostawiając miasto Szczecin po stronie polskiej, dalej w górę rzeki Odry do ujścia Nysy, a stąd rzeką Nysą do Czechosłowackiej granicy. Tą koncepcję przesunięcia polskiej granicy na linię Odry nie mówiąc już o Nysie Łużyckiej w okólniku z 26 lipca zaatakuje minister informacji w polskim rządzie w Londynie Stanisław Kot, pisząc: Komitet Chełmski wysuwa linię Odry jako granicę na zachodzie. Rząd polski w swoich roszczeniach terytorialnych wysuwa jedynie sprawę Prus Wschodnich, Gdańska i Śląska Opolskiego z małym zabezpieczeniem portów bałtyckich i przemysłu śląskiego, nie popierając demagogicznej i nierealnej linii Odry.

Na przeprowadzonej w dniu 27 lipca odprawie dowódców obwodów, komendant Okręgu Warszawskiego płk Chruściel (,,Monter”) informuje, że w każdej chwili należy się spodziewać rozkazu do walki oraz zarządza pogotowie sztabów, okręgu, rejonów, zgrupowań, wydaje rozkaz alarmu, przygotowawczy do walki, polegający na mobilizacji żołnierzy w miejscach konspiracyjnych, a który zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami zastrzeżony był wyłącznie dla Komendanta Głównego AK i nie mógł być odwołany, lecz zakończony wybuchem walk. Rozkaz ten płk Chruściel wydaje poza plecami gen. Bora po uzgodnieniu z gen. Pełczyńskim, ponieważ sam nie był zdolny do podjęcia tak ważnej decyzji i prawdopodobnie jak twierdzi płk Pluta -Czachowski w obawie przed rozbiciem oddziałów AK w związku z zarządzeniem Fischera. (Relacja z rozmowy z płk Pluta-Czachowskim z 28.10.1972). Na tej odprawie na pytania dotyczące braków w uzbrojeniu przyrzekł rozdzielić posiadane zapasy, rozkazując rzucić do walki wszystkie siły, uzbrajając powstańców nie posiadających broni w siekiery, kilofy, łomy. (Adam Borkiewicz, Powstanie Warszawskie 1944. Zarys działań natury wojskowej, Warszawa 1957, s. 24). Po wojnie gen. Bór twierdził, że zarządzony bez jego wiedzy przez płk Chruściela stan pogotowia rozkazał, gdy o tym się dowiedział następnego dnia, niezwłocznie odwołać. Rozkaz znoszący stan pogotowia nie dostarczono jednak wszystkim oddziałom i pozostawały one nadal na punktach zbornych, co prowadziło do ich dekonspiracji i często walk z niemiecką policją. Sama mobilizacja trwająca w nocy z 28 na 29 lipca ujawniła fatalny stan uzbrojenia, a jej odwołanie poderwało zaufanie żołnierzy do dowództwa AK. W dniu zarządzenia przez płk Chruściela stanu pogotowia 27.07.1944 r., gen. Bór informuje depeszą Naczelnego Wodza gen. Sosnkowskiego przebywającego wówczas we Włoszech, a która dociera 29 lipca do Londynu, o wzmocnieniu sił 9 armii niemieckiej na przedpolu Warszawy między innymi oddziałami dyw. pancernej Herman Göring oraz o rozpoczętym przeciwnatarciu wojsk niemieckich w rej. Siedlce-Łuków, w kierunku na Brześć jak i o tym, że po wyraźnie panicznej ewakuacji Warszawy od 22 do 25 VII Niemcy okrzepli, niemieckie władze administracyjne powróciły i objęły z powrotem urzędowanie. Właśnie od wyniku niemiecko-radzieckiej bitwy na przedpolach Warszawy gen. Bór uzależnia wówczas dalsze działania pisząc: Działania swe o Warszawę uzależniam od wyniku bitwy 2AOK ( 9 armii niemieckiej) na wschodnim brzegu Wisły. (Studium Polski Podziemnej, Armia Krajowa w Dokumentach …s.13-14). Dowódca AK uzurpuje sobie tutaj zarazem prawo do podejmowania decyzji odnośnie działań zbrojnych w Warszawie. Decyzja w tej sprawie należała wówczas wyłącznie do kompetencji rządu polskiego w Londynie, przekazana dopiero 28 lipca Delegatowi Rządu na Kraj. W przekazanej depeszy na podstawie uchwały rządu z 26 lipca, nie precyzującej o jakie powstanie tutaj chodzi czy powszechne czy strefowe czy w Warszawie, premier Mikołajczyk jedynie informuje Delegata że: Na posiedzeniu Rządu RP zgodnie zapadła uchwała upoważniająca was do ogłoszenia powstania w momencie przez was wybranym. Jeżeli możliwe, uwiadomcie nas przed tym. Odpis przez wojsko dla komendanta AK. Sten (Studium Polski Podziemnej, Armia Krajowa w Dokumentach…s.12). Wraz z przekazaniem depeszą Delegatowi Rządu na Kraj przez rząd polski w Londynie prawa do podjęcia decyzji o wybuchu powstania, odpowiedzialność za ostateczne jego skutki przeniesiona zostaje na krajowe kierownictwo cywilno-wojskowe, dla którego rzeczywisty stosunek W. Brytanii i USA do kluczowych zagadnień polsko-radzieckich był nieznany. To przekazanie prawa do podjęcia decyzji o wybuchu powstania Delegatowi Rządu tłumaczono jego lepszym rozeznaniem sytuacji na froncie wschodnim, w tym pod Warszawą. Sądzono, że ewentualna decyzja będzie trafna i podjęta w najkorzystniejszym momencie. Niewątpliwie ta uchwała rządu z 26 lipca, sprzed wyjazdu premiera Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem, była zarazem pewną zachętą dla kierownictwa krajowego do przeprowadzenia w Warszawie powstania. Powstanie w powojennych opiniach jego zwolenników miało być odebrane jako pewna forma wsparcia militarnego działań wojsk radzieckich, obalić opinię Stalina o bierności AK polegającej na nie atakowaniu Niemców lecz ,,staniu z bronią u nogi”, czemu jednak przeczą motywy jakimi kierowały się osoby podejmujące decyzję o jego wybuchu.

W dniu 29 lipca na odprawie kierownictwa AK, na której uznano, że sytuacja jeszcze nie dojrzała do rozpoczęcia działań zbrojnych, gen. Bór na wniosek płk Chruściela zmienił godzinę wybuchu przyszłego powstania z godzin nocnych jak przewidywały wcześniejsze plany na 17 oraz skrócił czas mobilizacji z 36 do 12 godzin. Wniosek swój płk Chruściel argumentował tym, że o godzinie 17 po zakończonej pracy na ulicach znajdują się duże tłumy ludzi, co ułatwić miało przemieszczanie oddziałów AK oraz zaskoczyć Niemców. Później okazało się, że przy zdecydowanej przewadze ogniowej nieprzyjaciela, żołnierze podziemia bardzo słabo uzbrojeni, przygotowywani wcześniej do ataku na pozycje niemieckie w godzinach nocnych, atakując w biały dzień o godz. 17 ponieśli niepotrzebnie, dodatkowo, olbrzymie straty.

Tego samego dnia duże zaniepokojenie kierownictwa AK wywoła odezwa, która po południu pojawiła się na murach Warszawy dowódcy małej organizacji wojskowej Polskiej Armii Ludowej płk Juliana Skokowskiego. Skokowski podając fałszywą informację o ucieczce gen. Bora-Komorowskiego i sztabu jego z Warszawy, ustanawiał się w mieście dowódcą oddziałów podziemia, zarządzając ich mobilizację do walki z Niemcami. Dowództwo AK uznało to za prowokację mającą na celu odebranie mu inicjatywy walk o Warszawę przez komunistów co spowodowało, że gen Bór-Komorowski wydal płk Chruścielowi polecenie gotowości jeżeli zajdzie taka potrzeba do rozpoczęcia walk 30 lipca o godzinie 17. W godzinach rannych 30 lipca płk Chruściel miał otrzymać ostateczną decyzję, która mogła zostać odwołana. (Aleksander Skarżyński, Polityczne przyczyny Powstania Warszawskiego, Warszawa 1964, s.236-237). Wyznaczając termin gotowości do ewentualnego rozpoczęcia powstania na godz.17 w dniu 30 lipca gen. Bór-Komorowski wchodził w zakres kompetencji decyzyjnych przekazany przez rząd polski w Londynie Delegatowi Rządu na Kraj.

Wezwanie do walki ludności Warszawy, która słyszy już bez wątpienia huk armat bitwy, która wkrótce przyniesie jej wyzwolenie, nadaje o godz. 20.15 w dniu 29 lipca radio Moskwa. W apelu podkreślono, że Niemcy będą próbowali bronić się w Warszawie co doprowadzi do olbrzymich strat, zniszczenia miasta i dlatego przez bezpośrednią czynną walkę na ulicach Warszawy, w domach, fabrykach, magazynach nie tylko przyspieszymy chwilę ostatecznego wyzwolenia, lecz ocalimy również majątek narodowy i życie waszych braci. Podobny apel wzywający do walki ludność Warszawy powtórzony kilkakrotnie nadaje 30 lipca radiostacja Związku Patriotów Polskich ,,Kościuszko”. Apel między innymi wzywał:...Uderzcie na Niemców. Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę... Tak apele radia Moskwa jak i radiostacji ,,Kościuszko” wzywają do walk ludność Warszawy podczas zdobywania miasta przez Armię Czerwoną. Powstanie w Warszawie miało ułatwić opanowanie mostów, wspierać tym samym działania wojsk radzieckich. Jego zatem początek był ściśle uzależniony od bezpośredniej ofensywy wojsk radzieckich na całą Warszawę, zwłaszcza lewobrzeżną, do czego doszło nie 1 sierpnia 1944 roku lecz dopiero 17 stycznia 1945 roku. Apel Skokowskiego oraz apele radiowe wprowadziły konsternację w KG AK i jak twierdzi płk Bokszczanin: Począwszy od 29-go wszystko stało się niepewne i różne stanowiska były już tylko sprawą osobistych przekonań. Powinniśmy natychmiast dać rozkaz do Powstania, inaczej komuniści uczynią to przed nami - mówili jedni. Drudzy odpowiadali, że skoro komuniści prowokują nas do tego, to przeciwnie, powinniśmy zdwoić naszą czujność. Tylko przyszłość mogła to pokazać, lecz za jaką cenę? Ja osobiście, dalej utrzymywałem, że powinniśmy czekać, gdyż w głębi serca wolałem ryzykować opanowanie miasta przez komunistów, niż jego zniszczenie przez Niemców. Wolałem Warszawę żywą i komunistyczną, niż Warszawę umarłą i… także komunistyczną. (Jean F. Steiner, Warszawa 44 …s.129-130).

W związku z tymi apelami radiowymi często wysuwa się pretensje pod adresem strony radzieckiej, że nawołując do walk nie udzieliła walczącym pomocy i w ten sposób próbuje się oczyścić z winy odpowiedzialnych za podjęcie przedwczesnej, błędnej, decyzji. Jest oczywiste, że każda armia, która posuwa się podczas walk wyzwoleńczych do przodu, wzywa różne społeczeństwa do działań ją wspierających. I właśnie powstanie rozpoczęte w odpowiednim momencie miało wesprzeć działania wojsk radzieckich, których ofensywa w ostatnich dniach lipca i na początku sierpnia została powstrzymana i nie dotarła do Warszawy. Od strony politycznej sprawa była szczególnie skomplikowana, gdyż dla polskiego rządu w Londynie Związek Radziecki w tym czasie nie był sojusznikiem i właśnie przeciwko niemu skierowane było politycznie powstanie. Nasuwa się pytanie, czy uznając kogoś za przeciwnika, a nawet i wroga, przy skomplikowaniu się sytuacji na warszawskim odcinku frontu, należało oczekiwać na pomoc z tej strony i dopatrywać się w jej braku perfidii i głównej przyczyny klęski? Ten aspekt zagadnienia będzie oczywiście wykorzystywany po dziś dzień w prowadzonej propagandzie antyrosyjskiej zwłaszcza przez orientację propiłsudczykowską odpowiedzialną za wybuch powstania. I to ma być dodatni, ułatwiający manipulowanie, odpowiednie kształtowanie świadomości politycznej społeczeństwa polskiego, kapitał przegranego powstania. Sam los miasta i jego mieszkańców nie miał tutaj dla głównych inspiratorów przedwczesnego wybuchu powstania większego znaczenia, najważniejszym było ukazanie aliantom i społeczeństwom zachodnim, że Warszawa wyzwoliła się sama, własnymi siłami, bez współudziału Armii Radzieckiej i Wojska Polskiego, spod okupacji niemieckiej.

Przed podjęciem decyzji o przedwczesnych walkach przestrzegali Delegata Rządu na Kraj wojskowi i politycy zaniepokojeni przemarszem na wschód świeżych jednostek niemieckich oraz powrotem władz dystryktu do Warszawy. Przestrzegał go między innymi przewodniczący Stronnictwa Pracy Józef Chaciński, na co Delegat nie zareagował, a na uwagę Jerzego Brauna członka Rady Jedności Narodowej, że żołnierze AK nie mają broni odparł : ,,To sobie zdobędą”. Przewodniczący Rady Jedności Narodowej Kazimierz Pużak obawiał się czy armia radziecka zdoła przyjść Warszawie z odsieczą i uważał, że manifestacja zbrojna jaką miało być powstanie bez osłony z powietrza zdoła wytrzymać jeden lub dwa tygodnie. (Z. Zaremba, Wojna i konspiracja, Londyn 1957, s.238). Wiele środowisk obawiało się nie tylko biologicznych i materialnych skutków przedwczesnego wybuchu powstania ale politycznych. Żołnierz powstania, były marszałek Sejmu RP w latach 90-tych prof. Wiesław Chrzanowski twierdzi w udzielonym wywiadzie, że jego środowisko młodzieżowe, kierując się właśnie przesłankami politycznymi ale i również logicznymi miało krytyczny stosunek do wywołania powstania jeszcze przed podjęciem decyzji o jego rozpoczęciu… nawet podjęliśmy próby dotarcia do członków Rady Jedności Narodowej… apelując, żeby hamować te próby. Co prawda, my nie przypuszczaliśmy, że dowództwo wywoła powstanie, nie mając pewności, czy Armia Czerwona zajmie Warszawę w ciągu 2-3 dni. Dlatego nie braliśmy pod uwagę, jak gigantyczne mogą być straty. Natomiast problem był całkiem inny… uważaliśmy, że decyzja o Powstaniu to jest nic innego tylko generalna dekonspiracja… Poinformowany przez płk Iranka-Osmeckiego o możliwości wybuchu powstania wyższy oficer wywiadu ppłk dypl. Franciszek Herman (,,Bogusław”) określił ten plan ze względu na koncentrację wojsk niemieckich wokół Warszawy szaleństwem. Rano 30 lipca właśnie w tym samym dniu - podaje Jan Nowak-Jeziorański – kiedy ostatecznie zameldowałem się Borowi, wpadł na melinę... kolega z akcji ,, N” pseudonim Wolf i załamując ręce wykrzykiwał ,,Co oni robią. Przecież w obecnej sytuacji to jest szaleństwo”. Łączniczka, która mnie wiozła na spotkanie z komendantem AK, mówiła po drodze: W panu ostatnia nadzieja. Może Pan ich przekona, może pan im wyperswaduje, żeby tego nie robili. (Emisariusz - Wywiad z kapitanem Nowakiem, ,,Na Antenie”, ,,Wiadomości” 1964, nr.962) . Mimo różnych wątpliwości, zastrzeżeń i obaw, wniosek o wydanie rozkazu do walki w dniu 31 lipca na przedpołudniowej odprawie przy ulicy Pańskiej, w której uczestniczyli gen. Bór, gen Okulicki, pułkownicy Bokszczanin, Chruściel, Iranek-Osmecki, Pluta-Czachowski, Rzepecki, Szostak, zgłosi gen. Pełczyński, uzasadniając go zajęciem Warki przez wojska radzieckie co miało oznaczać, że rozpoczął się manewr okrążenia Warszawy. Tej wiadomości gen. Pełczyńskiego nie potwierdzi szef wywiadu płk Iranek oraz łączności płk Pluta-Czachowski informujący, że otrzymany przed godziną meldunek z Warki mówi, że znajdują się tam nadal wojska niemieckie. Gen. Pełczyński, dążąc do wprowadzenia w błąd uczestników odprawy, wyraźnie tutaj blefował. Mimo zresztą wcześniejszych ustaleń sztabowych precyzujących wyraźnie, że jedno lub dwustronny manewr okrążający rozpocznie się wówczas, gdy wojska radzieckie przekroczą czołgami Wisłę i nacierać będą na Warszawę od strony zachodniej, od Sochaczewa, a więc nie od strony Wisły. Na naradzie tej dominowała atmosfera pośpiechu oraz obaw, żeby się nie spóźnić z rozpoczęciem powstania. Administracji cywilnej należało bowiem zapewnić 12 godzin niezbędnych na przygotowanie się do jej ujawnienia. Szczegółowo na odprawie sytuację militarną wokół Warszawy omówił szef Oddziału II płk Iranek-Osmecki. Przedstawił dyslokację jednostek niemieckich, ich koncentrację i przygotowywania do głównej bitwy pod Warszawą oraz niejasną sytuację na przedpolu Pragi, co jego zdaniem nie pozwalało na podejmowanie jakiejkolwiek decyzji w sprawie rozpoczęcia powstania. Opóźnienie marszu wojsk dowodzonych przez marszałka Rokossowskiego, spowodowane manewrem oskrzydlającym mającym na celu zdobycia Brześcia, dawało możliwość zaatakowania przez wojska niemieckie wysuniętych jednostek wojsk radzieckich i ich zatrzymanie. Sprawozdanie swoje po serii pytań płk Iranek zakończył, mówiąc, że atak na Warszawę nie rozpocznie się wcześniej, niż za cztery do pięciu dni i że wobec tego nie ma żadnej potrzeby, aby powstanie wybuchło w chwili obecnej. (Jean F. Steiner, Warszawa 44…s. 145). Z tego raportu szefa Oddziału II nie był zadowolony zwłaszcza gen. Okulicki i płk Rzepecki. Już od dłuższego czasu nakłaniano płk Iranka do przedstawienia takiego obrazu sytuacji, któryby przyspieszał, a nie odwlekał moment wybuchu powstania. Od treści jego raportów zależała wszakże decyzja o podjęciu działań zbrojnych w Warszawie. Co prawda pułkownik tym naciskom nie uległ, przedstawiając na ogół rzeczywisty obraz sytuacji w oparciu o otrzymywane meldunki wywiadu ale o tych naciskach na siebie, próbach manipulacji nie powiadomił gen. Bora, chociaż z racji pełnionej funkcji należało to do jego obowiązków i nie było donosicielstwem. Zresztą nie musiał wymieniać nazwisk ale mógł ostrzec gen. Bora, że są próby składania fałszywych meldunków i że każdy meldunek mający wpływ na decyzję odnośnie wybuchu powstania powinien być sprawdzony, kontrolowany, weryfikowany.Po pułkowniku Iranku na tej odprawie głos zabrał gen. Okulicki, który jak podaje płk Bokszczanin: Zaczął wymyślać nam od tchórzy; zarzucił, że nie mamy odwagi bić się, przeciągamy decyzję...Nie zwracał się bezpośrednio do Bora, lecz wszyscy zrozumieliśmy, że słowa swoje kierował do niego. Nikt nigdy nie przemawiał w ten sposób na naszych odprawach. (Jean F. Steiner, Warszawa 44…s.142). Stanowisko gen. Okulickiego zostało poparte przez płk Szostaka i płk Rzepeckiego, który jak podaje gen. Bór-Komorowski mówił mi do czego brak decyzji doprowadził Skrzyneckiego. Na tej naradzie płk Chruściel między innymi poruszył sprawę braku uzbrojenia uniemożliwiającego skuteczne zaatakowanie wojsk niemieckich, na co wcześniej zwracali mu uwagę jego podwładni. Sugerował, żeby czekać na odwrót Niemców, ich wycofywanie się z Warszawy, całkowitą dezorganizację. Na to, że nie ma czym nacierać, gen. Okulicki odpowiedział mu, że broń zdobywa się na nieprzyjacielu. Płk Pluta- Czachowski, zwracając uwagę na taktykę armii radzieckiej w stosunku do AK polegającą jego zdaniem na wstrzymywaniu swoich działań ofensywnych, nawet wycofywaniu się co wynikało z napływających meldunków, domagał się czekania z rozpoczęciem działań zbrojnych na odpowiedni moment, którym miało być związanie się na trwałe walką o Warszawę wojsk radzieckich, w tym forsowanie Wisły, natarcie na mosty i Służewiec. (Relacja Pluta-Czachowski 28.10. 1972 r.). Dopóki wojska radzieckie nie pokonają wojsk niemieckich, mówił płk Bokszczanin, nie należy podejmować żadnych zbrojnych działań. Na to stanowisko ostro zareagował generał Okulicki. Wówczas wstał... - podaje Bokszczanin - i bijąc pięścią w stół, znów nazwał nas tchórzami. Bór zakrył twarz rękami i nic nie odpowiadał. Ja oświadczyłem Okulickiemu, że bitwa, której pragnie, będzie improwizacją. - ,,Cała nasza walka jest improwizacją, a zwycięzca będzie zawsze miał rację - odpowiedział. Armia niemiecka jest u kresu sił. Ludność rozbije ją swoją masą. Nie trzeba ani planów, ani przygotowań; potrzebny jest tylko rozkaz, a milion warszawiaków rzuci się na Niemców z karabinem, kijem... trzeba tylko, abyśmy mieli odwagę ten rozkaz wydać.”. Bór był całkowicie zagubiony. Widać było, iż nie wie, co ma robić. Namyślał się, a potem zaproponował, aby głosować za lub przeciw natychmiastowemu wybuchowi Powstania. Na siedem osób głosujących trzy uznały, że należy teraz podjąć decyzję o wybuchu powstania, cztery były temu przeciwne. W głosowaniu nie brał udziału gen. Bór i Pełczyński. Za natychmiastowym rozpoczęciem powstania wypowiedział się gen. Okulicki, płk Rzepecki i Szostak, a przeciw płk Bokszczanin, Iranek-Osmecki, Chruściel, Pluta-Czachowski. Po głosowaniu zdenerwowany gen. Okulicki miał zwrócić się do gen. Bora-Komorowskiego, mówiąc między innymi: iJeśli Pan Generał nie podejmie decyzji, będzie Pan drugim Skrzyneckim. Ubliżając wręcz, próbował wymóc na dowódcy AK przedwczesną decyzję. Po zakończeniu tej odprawy, następną gen. Bór wyznaczył na godzinę 18 mimo, że dotychczas odbywały się o godzinie 17.

W godzinach południowych gen. Bór uczestniczyć będzie wraz z Delegatem Rządu (wicepremierem) w posiedzeniu Komisji Głównej Rady Jedności Narodowej, na którym przedstawi aktualną sytuację w rejonie Warszawy, stan sił niemieckich, uzbrojenia AK oraz zaapeluje do Delegata o podjęcie decyzji w sprawie wybuchu powstania co najmniej 20 godzin przed rozpoczęciem walk. Politycy zalecali zachowanie szczególnej ostrożności, nie narażanie ludności cywilnej i ustalili, że następne posiedzenie Komisji Głównej RJN odbędzie się następnego dnia tj. 1 sierpnia o godz. 15, na którym przewodniczący RJN Kazimierz Pużak miał przedstawić nowe informacje. W tym czasie, kiedy zakończyło się posiedzenie KG RJN, czyli około godziny 14, ani władze polityczne podziemia ani Komendant AK nie przewidywały wybuchu powstania 1 sierpnia, a nawet w ciągu najbliższych dwóch dni. Popołudniową odprawę dowództwa AK, odbywającą się do tej pory o godz. 17, a wyznaczoną na godzinę 18, poprzedziło spotkanie trzech generałów - Bora, Pełczyńskiego, Okulickiego. Na to spotkanie o godz. 17 przybył płk Chruściel, który na porannej naradzie głosował przeciwko natychmiastowemu podjęciu decyzji o powstaniu, przynosząc jak wspomina po latach gen. Bór informację o tym, że rzekomo: sowieckie oddziały pancerne wdarły się na przedmoście niemieckie na wschód od miasta i zdezorganizowały jego obronę, że sowieckie czołgi są już pod Pragą, a Radość, Miłosna, Okuniew, Wołomin i Radzymin zostały zajęte przez wojska sowieckie. ,,Monter” wyraził opinię, że walkę o Warszawę powinniśmy podjąć bezzwłocznie, w przeciwnym razie będzie za późno. (Komendant Armii Krajowej: Wywiad z gen. Borem-Komorowskim). Nieco wcześniej bo o godz. 15-tej 31 lipca w lokalu Komendy Okręgu Warszawskiego szef sztabu ppłk Stanisław Weber złożył meldunek płk Chruścielowi o przygotowywanym kontruderzeniu niemieckim: Raporty wywiadu donoszą o przybywaniu dywizji niemieckich z zachodu, siły głównie docierają w rejon Warszawy pociągami i przez mosty warszawskie idą na wschód. Natychmiast płk Chruściel miał udać się do gen. Bora. Gdy wrócił, było około 17.30. Wyglądał na bardzo poruszonego. Jego twarz zawsze opanowana, zdradzała wielkie podniecenie. Zdumiony zapytałem, co się stało. - Bór podjął decyzję - odparł. - To szaleństwo – nie mogłem się powstrzymać. To będzie prawdziwa rzeź. Myślałem, że się ze mną zgodzi, ale on odpowiedział:- Nie mogliśmy dłużej czekać, sytuacja nam się wymyka. (Jean F. Steiner, Warszawa 44…s.148). W dniu 05.08.1944 r., czyli już po wybuchu powstania i widocznych jego wstępnych skutkach w rozmowie z wiceprzewodniczącym RJN z ramienia SN Władysławem Jaworskim, płk Chruściel miał powiedzieć: wezwali mnie do kwatery Bora i zakomunikowali godz. W... powiedziałem, że jestem przeciwny, ale że rozkaz wykonam. Co ciekawe, o ile płk Chruściel namawiał rzekomo po południu 31 lipca w pośpiechu do podjęcia bezzwłocznej decyzji, gdyż będzie za późno, o tyle 9 września, kiedy nawiązano kontakt z gen. Roehrem w sprawie podpisania kapitulacji, będzie o wiele bardziej powściągliwy i w liście do gen. Bora z 10 września napisze : Proszę Pana Generała o zwłokę. Jeszcze dwie doby. Niedobrze by było pośpieszyć się o pięć minut. My tutaj chcemy koniecznie zyskać na czasie – może w Niemczech rozegrają się spodziewane wypadki - może wkroczą wreszcie Sowiety. …Proponuję wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu (lojalną współpracę). Zmieniają się warunki naszej walki - bądźmy więcej elastyczni. …Więcej nam odpowiada współpraca z Żymierskim, niż kapitulacja.

Do podstawowych obowiązków gen. Bora należało sprawdzenie wiarygodności rzekomego meldunku płk Chruściela i jeżeli faktycznie by został potwierdzony, to i tak zgodnie z wcześniejszymi planami i ustaleniami sztabowymi nie spełnione były warunki do wydania rozkazu o rozpoczęciu powstania. Głównym sygnałem tutaj miało być rozpoczęcie manewru okrążającego przez armię radziecką Warszawy oraz wycofywanie się z niej niemieckich wojsk liniowych. Z meldunku płk nie wynikało, że rozpoczął się manewr okrążający Warszawę. Sam gen. Bór wcześniej uważał, że walki należy rozpocząć, gdy Niemcy będą opuszczać Śródmieście, natomiast Kazimierz Pużak - gdy będą już tylko na Woli. Brak cierpliwości i określone nastawienie polityczne zwłaszcza gen. Pełczyńskiego i Okulickiego, zagorzałych zwolenników jak najszybszego rozpoczęcia akcji zbrojnej doprowadzi, że nie czekając niecałą godzinę do 18-tej na członków sztabu KG AK, wezwano przebywającego w pobliżu Delegata Rządu na Kraj, od którego decyzji, zgody uzależnione było wydanie rozkazu o wybuchu powstania. Zwolennicy wybuchu powstania, mającego skłonić ofiarą polskiej krwi W. Brytanię i USA do modyfikacji ustaleń teherańskich, obawiali się, że na odprawie o godz. 18 mogą zostać przedstawione nowe, dodatkowe informacje, odmienne stanowiska, uniemożliwiające podobnie jak na naradzie porannej podjęcie decyzji, wydanie rozkazu oraz byli przekonani, że do Warszawy Armia Czerwona wkroczy nie później, niż w ciągu 2-3 dni, a oddziały powstańcze miały – zakładano - wytrzymać w walce do 7 dni. Zwłaszcza gen. Pełczyński miał olbrzymi wpływ na dowódcę AK gen. Bora i w tak małym gronie trzech generałów to on głównie o wszystkim decydował. O dużym uzależnieniu Komendanta AK od jego szefa sztabu wspomina wielu świadków tych wydarzeń. Np. płk dypl. szef operacji J. Bokszczanin twierdzi, że we wszystkim musiał Bór ,, polegać na Pełczyńskim”. Według por. Pomiana gen. Pełczyński: To był główny doradca wojskowy gen. Komorowskiego. I nie ulega dla mnie wątpliwości, że gen. Komorowski przyjmował prawie wszystkie sugestie gen. Pełczyńskiego. Płk Stanisław Juszczakiewicz w powstaniu dowódca zgrupowania ,,Kuba” twierdzi, że Komorowski polegał na Pełczyńskim, który miał duży dar analizowania ale nie potrafił podjąć decyzji, a ,,Bór” wydawał decyzję. Kazimierz Bagiński zapytany przez Janusza K. Zawodnego jak wyglądał stosunek Bór - Pełczyński odpowiedział: Stosunek między Pełczyńskim, a Borem sprawiał takie wrażenie jakby zależność służbowa była odwrotna: Pełczyński był szefem, a ,,Bór” podkomendnym”. (Janusz K. Zawodny, Uczestnicy i świadkowie Powstania Warszawskiego. Wywiady. Warszawa 1994 r.). Płk Pluta-Czachowski twierdził, że gen. Bór-Komorowski był jedynie komendantem de nomine, władzę sprawował Pełczyński; wskazuje na to choćby taki drobny fakt, gdy nadeszło zapytanie od Sosnkowskiego o opinię w sprawie Tatara, którego Naczelny Wódz chciał odznaczyć krzyżem virtuti militari IV klasy za pracę w podziemiu. Bór odczytawszy depeszę stwierdził, że chyba nie będziemy się temu sprzeciwiać, na to Pełczyński wyrwał mu z rąk depeszę, żachnął się i autorytatywnie orzekł, że w żadnym wypadku na to się nie zgodzi. (Relacja).
Po przybyciu w ciągu 20 minut Delegata Rządu na Kraj będącego zarazem wicepremierem rządu, gen. Bór przedstawił mu meldunek płk Chruściela, a następnie przekonywał go, że działania AK przerywające linię zaopatrzenia frontu niemieckiego pod Warszawą ułatwią wojskom radzieckim manewr okrążający i przyczynią się do klęski wojsk niemieckich. Po wysłuchaniu gen. Bora, Delegat Rządu zadał kilka pytań, w tym płk Chruścielowi odnośnie stanu posiadanej broni i amunicji oraz postawił pytanie wszystkim obecnym co się stanie gdy Rosjanie zostaną zatrzymni, na które gen. Pełczyński odpowiedział: że wtedy Niemcy nas wyrżną co nikt nie wierzył uważając, że Rosjanom na zajęciu Warszawy bardzo zależy. Następnie Delegat Rządu upoważniony telegraficznie przez rząd polski w Londynie do podjęcia decyzji w sprawie powstania, nie mając własnych informacji, ufając czynnikom wojskowym, zwrócił się do Komendanta AK gen. Bora ze słowami: Niech Pan zaczyna i opuścił lokal. (Jan M. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie, W-wa 1984, s.391). Na to spotkanie, na którym podjęto decyzję, nie wezwano, nie poproszono - chociaż przewidywały to wcześniejsze ustalenia - przewodniczącego RJN Pużaka rozsądnego polityka, ostrożnie podchodzącego do walk zbrojnych w Warszawie. O rozkazie rozpoczęcia powstania dowie się dopiero wczesnym popołudniem 1 sierpnia 1944 roku.

Po decyzji Delegata Rządu rozkaz o rozpoczęciu powstania wydał gen. Bór przed godziną 18, zwracając się do dowódcy okręgu warszawskiego płk Chruściela tymi oto słowami: Jutro punktualnie o godzinie 17 rozpocznie Pan operację ,,Burza” w Warszawie. Wydany rozkaz nie mieścił się w ramach ustaleń operacji ,,Burza”, gdyż tylne straże niemieckie nie opuszczały Warszawy. Kilka godzin wcześniej na porannej naradzie gen. Bór nie przewidywał wybuchu powstania 1 czy też nawet 2 sierpnia, a sam gen. Pełczyński wydał łączniczkom alarmowym polecenie stawienia się w lokalu konspiracyjnym dopiero następnego dnia, czyli 1 sierpnia o 7 godzinie. Po wydaniu rozkazu w lokalu pozostał tylko gen. Bór, żeby poinformować uczestników mającej się odbyć o godz. 18 odprawy o podjętej decyzji. Decyzja o rozpoczęciu powstania, w oparciu o którą został wydany rozkaz do rozpoczęcia walki 1 sierpnia o godz. 17, zapadła wieczorem 31 lipca w momencie, kiedy na warszawskim odcinku frontu inicjatywa już zaczęła przechodzić w ręce niemieckie. Trzeci i szesnasty korpus pancerny 2 armii radzieckiej przechodziły do obrony. W Dzienniku działań niemieckiej 9 armii zanotowano następnego dnia tj. 1 sierpnia: W rejonie Warszawy nieprzyjaciel ogranicza się do słabej działalności. Własne natarcie dla okrążenia sowieckiego korpusu pancernego posuwa się powoli, lecz skutecznie. Części XXXIX korpusu pancernego… docierają do Radzymina. Grupa uderzeniowa 19 dywizji pancernej obchodzi Okuniew, zyskuje w terenie w kierunku wschodnim. (s.82). Właśnie o tym przygotowywanym kontruderzeniu niemieckim poinformował 31 lipca o godz.15 płk Chruściela ppłk Weber.

To, że Niemcy byli przekonani, że zdołają odeprzeć atak wojsk radzieckich na Warszawę i utrzymają w swoich rękach zwłaszcza jej lewobrzeżną część, świadczył chociażby rozkaz z 26 lipca o wstrzymaniu ewakuacji warszawskich zakładów przemysłu zbrojeniowego. Łatwo zauważalne dla wywiadu wstrzymanie ewakuacji zakładów zbrojeniowych powinno być ostrzegawczym sygnałem dla dowództwa AK. Po powrocie niemieckich władz dystryktu do Warszawy, gubernator Fischer zwrócił się o zaniechanie ewakuacji przemysłu zbrojeniowego do gen. Schindlera inspektora produkcji zbrojeniowej w GG w latach 1940-1944 oraz za pośrednictwem gen. Vormanna dowódcy 9 armii do dowództwa Grupy Armii ,,Środek”, które miało żądać ,,ewakuacji warszawskiego przemysłu zbrojeniowego”. Ówczesny dowódca Grupy Armii ,, Środek” na froncie wschodnim feldmarszałek Model odpowiedział Fischerowi za pośrednictwem dowództwa 9 armii, że ,,nigdy nie wydał takiego rozkazu, zaproponował jedynie zmniejszenie zagęszczenia w Warszawie Pradze”. (Raporty Fischera). Decyzję o obronie przed nacierającą Armią Radziecką Warszawy Niemcy podjęli już wcześniej bo 22 lipca.
Pierwszy na popołudniową odprawę o godz. 18 przybył szef wywiadu płk dypl. Iranek- Osmecki, który w następujący sposób relacjonuje spotkanie z gen. Borem-Komorowskim: Otrzymałem właśnie nowe informacje potwierdzające, że kontrnatarcie niemieckie rozpocznie się lada chwila, lecz to mnie nie zaniepokoiło. Po tym co mówiliśmy rano, nie wyobrażałem sobie, aby można było teraz powziąć decyzję….W przedpokoju wpadłem na Bora. Wyglądało, że właśnie wychodził. Spojrzałem na niego zdziwiony i zapytałem:- Jak to, pan jest sam, pozostali nie przyszli?- Zebranie się skończyło - odpowiedział szybko. Wydałem rozkaz do rozpoczęcia walk. Popatrzyłem na niego zaskoczony i powiedziałem machinalnie: -Rozpoczęcie walk? Ale dla czego ?- Monter przyniósł informacje, według których czołgi sowieckie zajmują właśnie Okuniew, Radość i Miłosną oraz zrobiły wyłom na przyczółku mostowym na Pradze. Powiedział, że jeśli nie zaczniemy natychmiast, to ryzykujemy, że możemy się spóźnić. Wydałem więc rozkaz. Słyszałem te słowa, ale nie mogłem jakoś pojąć ich sensu. Wewnętrznie odrzucałem jeszcze przyjęcie tej decyzji. Potem powoli mój umysł zaczął znów funkcjonować i zapytałem, kto był obecny.- Gdy przyszedł Monter, byłem z Pełczyńskim i Okulickim. Natychmiast poprosiłem Jankowskiego, aby przyszedł. Przedstawiłem mu fakty i wyraził zgodę. Podniosłem głowę i patrząc mu w twarz, powiedziałem:- Popełnił pan błąd, panie generale. Informacje Montera nie są ścisłe. Otrzymałem właśnie ostatnie raporty od moich miejscowych agentów. Dementują wyraźnie pogłoski, że przyczółek mostowy na Pradze został rozbity. Przeciwnie, potwierdzają wszystko to, o czym mówiłem rano: Niemcy przygotowują się do kontrnatarcia. Bór usiadł lub raczej opadł na krzesło. Przesunął kilka razy ręką po czole, po czym zapytał mnie bezbarwnym, urywanym głosem: - Czy jest pan zupełnie pewny, że wiadomość Montera jest nieprawdziwa?- Zupełnie pewny panie generale. Może kilka czołgów przedostało się wewnątrz przyczółka, lecz jestem pewny, że nie został on rozbity. Przez chwilę milczał a potem znów nalegał:- Czy może mnie pan o tym zapewnić? Rozumiejąc, że Bór się waha, starałem się mówić jak najbardziej przekonywająco.- Zapewniam pana, generale - odpowiedziałem stanowczym głosem. …Co mam zrobić - szeptał. Co mogę zrobić, co mi pan radzi? Miałem wrażenie, że mogę jeszcze powstrzymać przeznaczenie. Zapytałem go:- Czy ma pan łączniczkę, którą mógłby pan posłać do Montera, aby odwołać rozkaz?. Spojrzał na mnie i zapytał:- A więc trzeba jeszcze raz anulować, jeszcze raz przełożyć?- Tak panie generale. Wybrał pan najgorszy moment. Trzeba odwołać rozkaz. Bór spojrzał na zegarek. Chciał coś powiedzieć, gdy drzwi nagle się otworzyły. Przyszedł Szostak. Popatrzył na nas obydwu: Bora siedzącego w kapeluszu i płaszczu i mnie stojącego naprzeciw niego; zdziwienie malowało się na jego twarzy.- Co się dzieje, zapytał z kolei, czy odprawa już zakończona? Wyglądało, jakby Bór nie zauważył przybycia Szostaka. Patrząc bez ruchu na zegarek powiedział: Mój Boże, już 6-ta. Już przeszło godzina jak Monter wyszedł. Dawno już pewnie zdążył rozesłać rozkazy. Za późno, nie możemy już nic zrobić. Zrozumiawszy nagle o co chodzi, Szostak wykrzyknął:- Jak to, wydał pan rozkaz nie poradziwszy się Iranka, szefa II Oddziału, ani mnie? Ależ to szaleństwo. Damy się w ten sposób wymordować. Trzeba natychmiast anulować rozkaz. Lecz Bór tylko powiedział:- Za późno, nie możemy już nic poradzić. (Jean F Steiner, Warszawa 44 … s.146-147). Po latach w wywiadzie z dniu 3 maja 1965 roku Bór między innymi tłumaczy przyczynę przedwczesnego wydania rozkazu - z czym trudno się zgodzić - wyjątkowo skromnymi informacjami napływającymi o sytuacji na froncie: My nie wiedzieliśmy o zgrupowaniu niemieckiej broni pancernej pod Warszawą. Wiedzieliśmy tylko o przybyciu dywizji ,,Hermann Göring”. Sądziliśmy, że przeciwuderzenie niemieckie nie będzie miało skutku. Co prawda napływające wiadomości nie były precyzyjne i zawsze wiarygodne, gdyż AK nie dysponowała przy szybko zmieniającej się linii frontu informacjami zwiadu lotniczego, to niemniej istniejące rozeznanie sytuacji w połączeniu z wcześniejszymi ustaleniami sztabowymi na wydanie tego rozkazu w oparciu o rzekomy meldunek ppłk Chruściela nie pozwalało. Również wydany rozkaz, jak twierdził gen. Bór dawno już rozesłany, przy dobrej woli i większym poczuciu odpowiedzialności mógł być szybko odwołany. Czasu na odwołanie rozkazu, jak wynika z przebiegu jego przekazywania, było wystarczająco dużo. Sam Bór nie był w pełni o tym przekonany, a także obawiał się reakcji na odwołanie rozkazu ze strony dwóch swoich zastępców, zwolenników jak najszybszego wybuchu powstania, którzy doprowadzili do jego wydania. Z treści rozkazu wynika, że wersja sformułowana do przekazania dla oddziałów powstała dopiero o godzinie 19. Rozkaz brzmiał: Alarm. Do rąk własnych komendantom obwodów. Dnia 31.7. godz. 19. Nakazuję ,,W” dnia 1.8. godz. 17. Adres m. p. Okręgu Jasna 22 m 20 czynny od godziny ,,W”, otrzymanie rozkazu natychmiast pokwitować. Następnie rozkaz został zaszyfrowany ale przed godziną policyjną czyli 20-tą nie był rozsyłany. Tak więc mógł zostać nawet bez pośpiechu odwołany. Postąpiono również niezgodnie z instrukcją do planu operacyjnego ,,W”, wydając rozkaz około godz. 17.30. Instrukcja przewidywała wydanie rozkazu do południa do godziny 12 oraz dawała co najmniej 36 godzin czasu na dostarczenie go dowódcom i przeprowadzenie mobilizacji oddziałów. Rozejście się natomiast 31 lipca łączniczek wcześniej do domów z polecenia gen. Pełczyńskiego oraz godzina policyjna powodują, że rozkaz roznoszony jest dopiero następnego dnia z rana i z planowanych 36 godzin na mobilizację pozostaje raptem niecałe 10. Łączniczkom alarmowym przekazano rozkaz o godzinie 7, do dowódców obwodów dotarł około 8 godz., do dowódców rejonów i zgrupowań bojowych około 10, do plutonów około godz. 14. (Kirchmayer Jerzy, Powstanie Warszawskie… s.168). W swojej publikacji powojennej gen. Bór podaje na ten temat fakty niezgodne z rzeczywistością, pisząc: Lotem błyskawicy tysiące rozkazów prysnęło po całym mieście, docierając jeszcze tego wieczora do najniższych komórek, a często poszczególnych żołnierzy. ( Bór-Komorowski, Armia Podziemna...s.216).

Ten krótki czas na dostarczenie rozkazu odbił się fatalnie na przebiegu mobilizacji. W wielu oddziałach zdołano zmobilizować zaledwie 50% stanu ewidencyjnego, np. na około 2500 żołnierzy ,,Kedywu” zgrupowania ,, Radosław” na czas, na miejsce koncentracji na Woli zdołało przybyć zaledwie 900. Około 30% zmagazynowanej broni oraz amunicji nie przekazano powstańcom, uniemożliwiając im zajęcie w odpowiednim czasie pozycji wyjściowych do ataku. Krótki czas przeznaczony na mobilizację powoduje nadmierny pośpiech oraz nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa, co doprowadza do przedwczesnego wybuchu walk, np. na Żoliborzu już o godz. 14 oraz postawienia w stan pogotowia Wehrmachtu i policji, obsadzenia stanowisk ogniowych, ogłoszenia przed godziną 17 alarmu dla całego garnizonu niemieckiego.

O wydaniu rozkazu nie powiadomiono w trybie pilnym większości członków, szefów broni i służb KG AK. Zastępca szefa sztabu płk dypl. Bokszczanin w ogóle nie zostanie poinformowany i pozostając w mieszkaniu na Bernerowie, nie zdoła dotrzeć do powstańców. Główny Kwatermistrz AK, też zastępca szefa sztabu płk dypl. Zygmunt Miłkowski ,,Denhoff” o terminie wybuchu powstania dowiaduje się dopiero około godz.13 w dniu 1 sierpnia i wówczas wydaje rozkaz zgrupowaniu ,,Leśnik” powstałemu w oparciu o ludzi z kwatermistrzostwa oraz służb uzbrojenia KG AK opanowania gmachów sądu od strony ulicy Ogrodowej. Szef oddziału V łączności płk Pluta-Czachowski dowiaduje się o terminie wybuchu powstania o godz. 10 po przybyciu na planowaną odprawę KG AK przy ul. Chłodnej 4. Kazimierz Malinowski, zastępca szefa łączności Okręgu Warszawskiego, od połowy sierpnia szef centrali Przekaźnikowej Dowództwa Wojsk Łączności AK, tak po latach to oceni : Fakt, że szef Oddziału V Komendy Głównej AK dowiedział się o tak istotnych decyzjach Komendanta Głównego jako jeden z ostatnich oficerów jego sztabu, odbił się w sposób zasadniczy na działalności łączności Komendy Głównej w pierwszych dniach powstania. (Malinowski Kazimierz, Żołnierze Łączności walczącej Warszawy, Warszawa 1983, s.372). Na skutek braku zorganizowanej łączności Komendant Główny AK gen. Bór przez pierwsze 15 godzin powstania odcięty będzie od jakichkolwiek informacji o jego przebiegu. Od płk Pluty-Czachowskiego o powstaniu w południe 1 sierpnia dowiadują się płk Jerzy Uszycki ( ,,Ort”) szef łączności radiowej oraz płk Konstanty Kułagowski ( ,,Raresz”) szef zrzutów lotniczych i do wybuchu powstania w swoim zakresie niewiele mogą uczynić. Dopiero o godz. 15 o decyzji rozpoczęcia powstania dowiadują się: szef Oddziału VIII (biuro wojskowe) płk Muzyczka (,,Benedykt”), szef Oddziału VII ( finanse) major Stanisław Thun (,,Leszcz”). Późno również o wydanym rozkazie dowiadują się szefowie służb KG AK tj. szef służby uzbrojenia ppłk Jan Szypowski (,,Leśnik”), szef intendentury ppłk Henryk Bezeg (,,Gil”), szef służby sanitarnej ppłk dr Lech Strahl (,,Feliks”), szef przemysłu uzbrojeniowego AK por. Zygmunt Gokeli (,, Ryszard”). W ogóle o terminie wybuchu powstania nie poinformowano szefów broni KG AK : szefa wydziału broni szybkiej (pancerno-motorowych i kawalerii), wspomnianego wcześniej zastępcę szefa sztabu płk dypl. Janusza Bokszczanina, szefa wydziału piechoty ppłk dypl. Karola Ziemskiego (,,Wachnowski”), szefa wydziału artylerii Jana Szczurka-Cergowskiego (,,Sławbor”), szefa wydziału saperów ppłk Franciszka Niepokulczyckiego (,,Teodora”), szefa wydziału lotnictwa ppłk dypl. Bernarda Adamieckiego (,,Dyrektor”) oraz komendanta Kwatery Głównej AK majora ,,Tobruka”. O podjętej decyzji nie poinformowani zostali równiez tacy wyżsi oficerówie jak: gen. Kazimierz Sawicki, gen. Jan Skorobohaty-Jakubowski (,,Dziadek-Vogel”) inspektor Okręgu Warszawskiego, płk dypl. Stanisław Dworzak ( ,,Przemysław”) były inspektor Okręgu ,,Jodła”, gen. Albin Skroczyński (,,Łaszcz”) dowódca Okręgu Warszawskiego – dowiadują się najczęściej przypadkowo w godzinach południowych. Zdecydowana większość wyższych oficerów Obszaru Warszawskiego nie powiadomiona o powstaniu zostaje zaskoczona jego wybuchem. Do ppłk Franciszka Jachecia ,,Romana” dowódcy Podokręgu Zachodniego, mającego zadanie niedopuszczanie oddziałów niemieckich do Warszawy, rozkaz dotarł dopiero o godz.17 i był dużym zaskoczeniem, a błędy w szyfrowaniu depesz spowodowały, że łączność radiowa podokręgu z Komendą Obszaru zaczęła funkcjonować dopiero 7 sierpnia. Niedopuszczenie oddziałów niemieckich do walczącego miasta w ramach realizacji na zachód od Warszawy planu ,,Burza” przez oddziały AK Podokręgu Zachodniego oraz odsiecz z pomocą dla walczącej stolicy oddziałów Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej okazały się niemożliwe do wykonania na skutek zbyt wielkiej koncentracji wojsk niemieckich na tych terenach.


4.Ludność cywilna, a powstanie

Mimo upływu wielu lat, wspomnienia o bohaterstwie i poświęceniu powstańców są nadal w świadomości społecznej żywe. O wiele mniej się natomiast mówi o cierpieniach, stratach biologicznych i materialnych, zaangażowaniu w powstanie ludności cywilnej. To, co robili żołnierze SS grup szturmowych - wspominał niemiecki starosta Warszawy Leist po wojnie - nie da się opowiedzieć i opisać . Znęcano się przede wszystkim nad ludnością cywilną, nie oszczędzano kobiet i dzieci. Ci, którzy uszli śmierci, zostali ograbieni i pobici. Kobiety gwałcono... W październiku 1944 r. w Warszawie pozostały tylko gruzy i zgliszcza.

Trwająca od godzin przedpołudniowych dnia 22 do 25 lipca 1944 roku, przez most Kierbedzia i Poniatowskiego, paniczna ucieczka ze wschodu na zachód pomocniczych oddziałów niemieckich ale nie liniowych oraz ewakuacja wschodnich powiatów dystryktu warszawskiego, administracji niemieckiej miasta Warszawy wywołały u przyglądających się temu wydarzeniu mieszkańców Warszawy gwałtowny wzrost emocji, dochodzący do szczytu. Już po zamachu na Hitlera w dniu 20 lipca 1944 roku oczekiwano na załamanie się lada chwila potęgi niemieckiej, powtórkę sytuacji z listopada 1918 roku oraz na działania zbrojne będące odwetem za 5-letni terror i śmierć najbliższych. Część ludności cywilnej poparła z wielkim entuzjazmem oraz poświęceniem w pierwszych dniach powstanie, będąc przekonana, że walki potrwają kilka, co najwyżej kilkanaście godzin, że dowództwo Armii Krajowej ich rozpoczęcie zsynchronizowało z wejściem wojsk radzieckich do Warszawy i liczyła również na pomoc aliantów zachodnich, których większe walki zbrojne AK w ogóle nie interesowały. Prawdziwy stosunek aliantów zachodnich do sprawy polskiej społeczeństwu Warszawy jak i zresztą całej Polski oraz kierownictwu państwa podziemnego nie był znany. Funkcjonujący w świadomości społecznej obraz był tutaj wyjątkowo zniekształcony, fałszywy, odbiegający daleko od politycznej rzeczywistości. To był głównie wynik uprawianej przez zachodnich aliantów, a zwłaszcza Anglików propagandy radiowej. Dowództwu i nam wszystkim - zauważa Jan Nowak Jeziorański - zdawało się, że Polska znajduje się w centrum uwagi, że jest pępkiem świata, że Anglicy są wpatrzeni w Polskę. Złudzenie powstało pod wpływem audycji BBC, które nadawane były z Londynu, ale zawierały nieproporcjonalną porcję wiadomości z Polski i o Polsce. Ta propaganda angielska wprowadzała w błąd kierownictwo podziemia, które zupełnie fałszywie oceniało stosunek Anglików do tego, co się działo w Polsce. Społeczeństwo nie słuchało Radia Moskwa, słuchało Londynu. Dezinformując wcześniej ludność cywilną, w czasie powstania BBC będzie nadawało komunikaty o charakterze wojskowym, o przemieszczaniu oddziałów AK, a wykorzystywane przez Niemcy do zwalczania powstańców. Już na początku sierpnia w depeszy do Londynu gen. Bór domagał się zaprzestania nadawania przez brytyjskie radio informacji o złym stanie uzbrojenia powstańców i brakach amunicji, ułatwiających Niemcom planowanie operacji przeciwko walczącemu miastu.

To właśnie głównie dzięki poświęceniu, spontanicznemu zaangażowaniu ludności cywilnej, żyjącej w niewoli fałszywych obrazów, iluzji wytworzonej przez radio BBC, a jednocześnie masowo mordowanej w sposób bestialski, powstanie nie upadło w pierwszych dniach sierpnia po opuszczeniu Warszawy przez oddziały AK z Mokotowa i Żoliborza, lecz 62 dni trwało. Na apel dowództwa AK w szeregi powstańcze zaciągnęło się wiele osób nie należących wcześniej do żadnej podziemnej organizacji wojskowej. Ci ochotnicy, a nie żołnierze AK stanowić będą ponad 50% żołnierzy powstania. Wraz z rodzicami często zgłaszało się do różnych prac pomocniczych, a także łączności wiele dzieci w wieku nawet 10-12 lat. Ludność cywilna znajdująca się sama w trudnej sytuacji wspierała powstańców swoimi skromnymi zapasami żywności, lekarstw, odzieży, papierosów itd. Z upływem czasu stosunek znacznej części ludności cywilnej do powstania zaczął się radykalnie zmieniać. Tragedie wywołane utratą najbliższych, coraz trudniejsze warunki życia, braki żywności, wody, energii, prowadziły często do załamań psychicznych, pogarszania się nastrojów, myślenia o ratowaniu własnego życia.

Już na skutek przesunięcia wybuchu powstania z godzin nocno-porannych, co przewidywały wcześniejsze plany, na godzinę 17, zapłaciła dodatkowo ludność cywilna. Wymieszanie się o tej porze dnia na ulicach miasta z ludnością cywilną powracającą do domów z pracy, mające ułatwić przemieszczanie się żołnierzom AK i ochronę ich przed identyfikacją ze strony Niemców, doprowadziło do tego, że wiele dzieci niepełnoletnich zostało bez rodziców oraz wiele osób starszych utraciło kontakt z rodzinami. Niemiecki odwet za zryw zbrojny spadł głównie na ludność cywilną, uważaną za podludzi – untermenschów słowiańskich, w bestialski sposób eksterminowaną niezależnie od wieku, płci, stanu zdrowia. Systematyczną eksterminację zgodnie z rozkazem Himmlera, że: każdego mieszkańca należy zabić, nie brać żadnych jeńców - siły niemieckie pod dowództwem generała porucznika Reinera Stahela, a od 6 sierpnia SS- Obrgruppenführera von dem Bach-Zelewskiego rozpoczęły od pierwszych dni powstania. Masowa rzeź ludności Woli trwała od 4 do 12 sierpnia i jej ofiarami było około 40 tys. wymordowanych ludzi. Mordowano ludność wzdłuż arterii wylotowej Warszawy - ulicy Wolskiej oraz na przyległych do niej ulicach, najczęściej na terenie fabryk, gdzie spędzano ją z okolicznych budynków. Tylko na terenie fabryki Franaszka zamordowano ok. 5000 osób - mieszkańców ulicy Wolskiej od nr 34 do 52 oraz pracowników fabryki. Na Ochocie głównymi miejscami zbrodni po rozbiciu powstańców będzie Instytut Radowy przy ulicy Wawelskiej oraz tzw. Zieleniak. Wraz z mordowaniem znęcano się, gwałcono i używano do osłony czołgów ludność cywilną. A oto kilka zeznań naocznych świadków tych zbrodni. /.../otoczyli nasz dom- zeznaje Halina Tuszyńska - bili, strzelali, rzucali granaty. Widziałam jak chcieli odebrać malutkie dziecko matce. Nie oddawała. Wtedy Niemiec strzelił jej w nogi, a główkę dziecka roztrzaskał kolbą/.../. Eugenia Hankiewicz tak oto przedstawia sytuację, w jakiej się znalazła: /.../strzelali do nas z karabinów maszynowych ustawionych na jezdni. Jak długo to trwało, nie pamiętam; kiedy się ocknęłam, widziałam wokół tylko trupy, wygrzebałam się spod nich. Żyłam. Martwe ciała mojej mamy i siostry leżały obok mnie. Podoficer Wehrmachtu Willy Friedl tak oto zeznaje w sprawie masowego mordowania ludności cywilnej: /.../ widziałem jak wpędzano siłą polskich cywilów w podwórze poprzez poprzeczny budynek partiami po 10 osób, kładziono ich na stosach twarzą w dół, niektórych nawet wleczono za włosy i następnie rozstrzeliwano strzałami w potylicę. Zabitych nie usuwano i następna partia musiała wchodzić na trupy lub była wciągana, a następnie również rozstrzeliwana. I tak dalej, dopóki nie urósł cały stos, a wszyscy znajdujący się tam Polacy rozstrzelani. Widziałem tam 9-10 warstw trupów tak ułożonych na stosie. Kobiety z dziećmi przy piersi były rozstrzeliwane razem. Liczbę ofiar cywilnych zbrodni niemieckich szacuje się na około 180 tys. Ogólny bilans strat biologicznych Warszawy okazał się dużo wyższy, niż Wojska Polskiego podczas działań wojennych w 1939 roku, a bezbronnej ludności cywilnej, głównej ofiary bestialstwa niemieckiego, ponad 10 krotnie wyższy, niż powstańców (ok.17 tys.). W ciągu dwóch miesięcy wysiłek i dorobek wielu pokoleń został zniszczony bądź zrabowany. Zniszczeniu uległo 80% miasta, w tym muzea, archiwa, biblioteki, prywatne zbiory, kolekcje dzieł sztuki, 25 kościołów itd. Zrabowane polskie mienie publiczne i prywatne wywieziono w głąb Niemiec 45 tysiącami wagonów kolejowych i 6 tysiącami samochodów.

Rozkaz Hitlera i Himmlera, dotyczący stłumienia powstania, wyniszczenia ludności cywilnej, zrównania miasta z ziemią po uprzednim ograbieniu go, wykonywały oddziały Wehrmachtu (bataliony wartownicze, szkolne, zapasowe piechoty, artylerii, broni pancernej, obsługi parków samochodowych) garnizonu warszawskiego, jednostki lotnictwa, opóźnione jednostki spadochronowo - pancernej dywizji ,,Hermann Göring” przerzucanej na wschód z frontu włoskiego, 19 dywizji pancernej przebijającej się ze wschodu przez Warszawę na zachód, 4 pułk wschodniopruskich grenadierów usiłujący 3 sierpnia otworzyć arterię jerozolimską, nacierając od mostu Poniatowskiego, oddziały policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa dowodzone przez SS-Hauptsturmführera Alfreda Spikera oraz grupa operacyjna Wyższego Dowódcy SS i Policji w Kraju Warty SS- Gruppenführera Heinza Reifartha (do 1962 roku posła do Landtagu i burmistrza w Westerland), składająca się z 16 kompanii policyjnych z Poznania, 608 Posner Ersatz-Regiment pod dowództwem płk Schmidta, brygady szturmowej RONA pod dowództwem SS-Brigadeführera Bronisława Kamińskiego, brygady SS ,,Dirlewangera” (Kosaken-Brigade) pod dowództwem SS-Oberfürera Oskara Dirlewangera, kompanii SS Röntegen, zmotoryzowanego batalionu policyjnej straży pożarnej oraz batalionu ,,Krone” ze 150 miotaczami płomieni. Szczególnym okrucieństwem w stosunku do ludności cywilnej wyróżniły się: brygada RONA (1700 żołnierzy) o małej wartości bojowej składająca się z dezerterów z Armii Radzieckiej na żołdzie niemieckim, brygada Dirlewangera, którą gen. mjr policji i SS Ernest Rode w zeznaniu określił ,,schweinehaufen” - raczej gromada świń, niż żołnierzy, składająca się w 50% z kryminalistów niemieckich, którym obiecano amnestię i w 45% z dezerterów z innych armii, volksdeutschów oraz oddziały warszawskiego Sipo i SD. Duży procent składu tych najbardziej bestialsko postępujących oddziałów stanowili żołnierze narodowości ukraińskiej, turkmeńskiej, a także azerbejdżańskiej, gruzińskiej, czeczeńskiej, czerkieskiej itd., o czym -zacierając prawdę historyczną i w imię prób budowy strategicznego partnerstwa z tymi państwami - niewiele się dzisiaj wspomina. W składzie brygady Dirlewngera znajdowali się między innymi żołnierze I/111 batalionu azerbejdżańskiego, II batalionu ,,Bergmann” składającego się z Czerkiesów i wschodnio-muzułmańskiego pułku SS. Na samej tylko Woli wymordowali tysiące cywilów. Azerowie również uczestniczyli w masakrze 21 i 22 sierpnia zgrupowania Kampinos spieszącego z pomocą Starówce. I właśnie na tej umęczonej Woli przy Muzeum Powstania Warszawskiego prezydent Azerbejdżanu i miasta Warszawy Lech Kaczyński, kierujący się motywami politycznymi, a nie prawdą historyczną, odsłonili 29.03.2005 roku ufundowaną przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa tablicę poświęconą Azerbejdżanom w służbie Rzeczypospolitej, w tym walczącym na barykadach Powstania Warszawskiego. Dyrektor muzeum Jan Ołdakowski stwierdził, że w oddziałach powstańczych walczyło dwóch Azerów - jeden znany z nazwiska drugi nie. A my jesteśmy do pokazywania pozytywnych przykładów. Badaczowi historii powstania Andrzejowi Krzysztofowi Kunertowi nie jest znany fakt walki Azerów po stronie powstańców. Może trafił się jakiś jeden - twierdzi Kunert - ale historia o tym nie wspomina. Natomiast Prezes Związku Powstańców Warszawskich Zbigniew Ścibor-Rylski powiedział: Oni walczyli w powstaniu. Tylko, że nie z nami, ale przeciwko nam. To kompromitujące wydarzenie wywołało wówczas liczne protesty społeczne.

Kiedy po kilku dniach powstania na ludność cywilną spadły wyjątkowo ciężkie ciosy, rozpoczęła się jej eksterminacja, pogorszyły się gwałtownie warunki bytowania, zaczyna między nią, a powstańcami dochodzić do napięć, nienawiści, głośnego ,,złorzeczenia.” O ile z podziwem i wielkim szacunkiem ludność cywilna odnosiła się do żołnierzy walczących na pierwszej linii, o tyle z dezaprobatą do tych, którzy całymi dniami przebywali na tyłach w placówkach wojskowych. Ci z akcji, z barykad byli zawsze pierwszorzędni - relacjonuje 32 letni wówczas publicysta Aleksander Rogalski. Były to najpiękniejsze kwiaty polskiego rycerstwa, aż rozpacz bierze, że tak wielu z nich kosiła śmierć …Ci z tyłów …wskrzeszali smutnej pamięci typ przedwojennego oficera polskiego, jaki panoszył się po kasynach i salach balowych: arogancki, pyszałkowaty, kłótliwy i niemoralny. (Życie w powstańczej Warszawie, Sierpień-wrzesień 1944, Relacje-dokumenty zgromadzone od sierpnia 1944 do stycznia 1945. Pod red. Serwański Edward, W-wa 1965, s.158). Faktyczny stan stosunków między ludnością cywilną, a powstańcami wyżej przytoczony publicysta ukazuje w relacji nr 265 pisząc: Co noc prawie wpadali do schronów żołnierze bądź też nasi żandarmi wojskowi, wyciągali cywilów z ich legowisk i pędzili do robót przy naprawianiu barykad, kopaniu rowów, gaszeniu pożarów itp. Roboty te były w dużym stopniu niebezpieczne, ponieważ niedbałe i lekkomyślne dowództwa poszczególnych odcinków dostrzegały niebezpieczeństwo w swym sektorze dopiero w ostatniej chwili i w ostatniej chwili, często gdy było już za późno, pragnęły jemu zaradzić. W piwnicach rozlegały się płacze i krzyki kobiet, które broniły swych synów lub mężów przed groźbą śmierci. Nic to nie pomagało, mężczyzn brutalnie wyrzucano, a kobietom grożono. Starcy, kalecy, chorzy - ludzie osłabieni brakiem należytego odżywiania i przeżyciami dnia – musieli iść często pod same stanowiska wroga i wśród rozrywających się pocisków i świstu kul spełniać rozkazy wojska, podczas gdy setki żołnierzy bezczynnie czekały na jakieś zatrudnienie. (Tamże, s.160 ). Jan Ciechanowski, autor książki o powstaniu wydanej w Londynie, a później w Polsce, uczestnik powstania w taki oto sposób relacjonuje wizytowanie 22 września przez gen. Bora-Komorowskiego kompanii, w której służył: Gdy przechodził (Bór) przez piwnicę, kobiety wołały za nim: Morderco naszych dzieci ! Słyszałem to na własne uszy. Gdyby wtedy weszli sowieci, ludzie poszliby za PKWN, bo uważali, że Komorowski sprowadził na nich wszystkie nieszczęścia. (www.powstanie.pl/index.php?). Znając relację między ludnością cywilną, a powstańcami, występowanie konfliktów, gen. Bór-Komorowski w rozkazie z dnia 3 października 1944 r. do żołnierzy walczącej Warszawy napisze: Ludności wyrażam podziw i wdzięczność walczących szeregów wojska i ich do nich przywiązanie. Ludność tę proszę, aby darowała żołnierzom wszystkie przewinienia, jakie w ciągu długotrwałej walki musiały w stosunku do ludności niejednokrotnie mieć miejsce. (Tadeusz Bór-Komorowski, Armia Podziemna, Londyn, wyd. V 1985, s.351).

Obok zbrodni podczas powstania, władze niemieckie dokonały następnej zbrodni, deportując pod eskortą wojska i żandarmerii w sumie ok. 600 tys. osób wyczerpanych fizycznie i psychicznie do obozu w Pruszkowie. Tam umieszczono ich w wyjątkowo ciężkich, prymitywnych, nieludzkich warunkach – w nie ogrzewanych halach kolejowych, otoczonych drutem kolczastym, bez wody, światła, sanitariatów. W wyniku braku żywności, chleba, zwłaszcza w pierwszym okresie, zdarzały się wypadki śmierci głodowej wśród dzieci i osób starszych oraz szerzyły się epidemie: tyfusu, duru brzusznego, czerwonki, biegunki, krwawej dyzenterii. Zimno, głód, choroby zwiększały umieralność dzieci, ludzi rannych, chorych, osłabionych i starszych. Rozdzielanie najbliższych członków rodzin i nieświadomość, niepewność o dalsze ich losy skutkowało tym, że wiele osób właśnie okres uwięzienia w Pruszkowie uzna za najcięższy z całego Powstania. Na zakończenie artykułu w ,,Warszawskim Głosie Narodowym” z dnia 30.08.1944 r. czytamy: Pruszków stanie się w historii haniebnym symbolem wojennych metod niemieckich, ale będzie także ciężkim wyrzutem sumienia dla naszych możnych aliantów, którzy... przyglądali się spokojnie i flegmatycznie jak wymierają z głodu i epidemii polskie kobiety i dzieci w Pruszkowie. Obóz w Pruszkowie nazywany dulagiem czyli obozem przejściowym, faktycznie był - gdyż o charakterze obozu decyduje nie nazwa niemiecka lecz istota samego obozu - obozem niemieckich władz bezpieczeństwa. Od 06.08.1944 r. do 11.08.1944 r. był pod wyłącznym zarządem SS i żandarmerii. Od 12.08.1944 r. formalnie zarząd nad obozem przejmie Wehrmacht i będzie się zajmował sprawami porządkowymi, organizacyjnymi i gospodarczymi ale o losie tam uwięzionych nadal decydowała policja bezpieczeństwa, gestapo, której ekspozytura znajdowała się w tzw. zielonym wagonie. Gestapo dokonywało selekcji, rozdzielając często członków rodzin, przesłuchiwało podejrzanych politycznie o udział w powstaniu ludzi młodych, przekazując ich do obozów koncentracyjnych (Oświęcim, Mauthausen, Ravensbrück, Dachau, Gross- Rossen, Sachsenhausen), bądź do siedziby policji bezpieczeństwa przy ul. Parkowej, lub dokonywało rozstrzeliwań na terenie glinianek między Pruszkowem, a Komorowem w pobliskich lasach. Obozowe gestapo analizowało listy osób przeznaczonych do zwolnień i wraz z niemieckim Urzędem Pracy kierowało osoby ,, zdolne” do pracy na roboty przymusowe do III Rzeszy niemieckiej. W sumie do obozów koncentracyjnych i na roboty przymusowe niemieckie władze bezpieczeństwa obozu pruszkowskiego skierowały około 150 tys. osób, około 100 tys. zwolniły z obozu, a ponad 300 tys. (głównie matki z dziećmi do lat 15, kobiety powyżej 50 lat, mężczyźni powyżej 60 lat, kaleki itd.) na deportację na teren Generalnej Guberni. Większość ludzi deportowanych, która przeżyła wojnę, już nie powróciła do Warszawy i tułała się często w ciężkich warunkach po całym świecie. Mimo, że ludność cywilna poniosła dotkliwe straty, tracąc najbliższych, dorobek często wielu pokoleń, nie poczyniono żadnego gestu w uznaniu ich tragedii i cierpień, chociaż możliwości ku temu istniały i istnieją. Przeciwko uznaniu uwięzionych w niemieckim obozie w Pruszkowie za represjonowanych w rozumieniu przepisów prawa wysuwa się bezpodstawnie argument, że przebywali w zwykłym obozie przejściowym tzw. Dulagu. A przecież mimo, że obóz w Pruszkowie powstały 6 sierpnia od 12 sierpnia nazywał się Dulagiem wraz z przejęciem administracji nad nim przez Wehrmacht, to osoby w nim osadzone, przebywały w warunkach porównywalnych do warunków w obozach koncentracyjnych i znajdowały się w dyspozycji nie Wehrmachtu lecz obozowego gestapo czyli niemieckich władz bezpieczeństwa. W rozumieniu natomiast art. 4 ust.1 pkt.1 lit. b ustawy z dnia 14.01. 1991 r. o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego, represjami są okresy przebywania: pkt.1) z przyczyn politycznych, narodowościowych, religijnych i rasowych...lit. b) w innych miejscach odosobnienia, w których warunki pobytu nie różniły się od warunków w obozach koncentracyjnych, a osoby tam osadzone pozostawały w dyspozycji hitlerowskich władz bezpieczeństwa. Jednakże Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, naruszając przepisy powyższej Ustawy, odmawia osobom przebywającym w obozie pruszkowskim prawa do ubiegania się o uznanie ich za represjonowanych. Prawa do starań o uprawnienia wynikające z przepisów tej ustawy odmawia się również wdowom i wdowcom po osobach przebywających w tym obozie. W procedurze Urzędu o miejscu represjonowania decyduje sporządzony pośpiesznie wykaz obozów w formie rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z dnia 20 września 2001 roku, a nie przepisy Ustawy z dnia 24 stycznia 1991 roku. W tym dodatkowym wykazie, powstającym w ciągu kilku lat pod wpływem lobbingu różnych grup polityczno-regionalnych, a później ujętym w formie rozporządzenia premiera, nie znajduje się obóz niemiecki w Pruszkowie ale często obozy przejściowe nie spełniające wymogów ustawy. Nie wydawanie decyzji urzędowych o charakterze odmownym, możliwych do zaskarżenia, a jedynie powoływanie się w tej sprawie w odpowiedziach kierowanych do petentów na ten wątpliwej wartości wykaz funkcjonujący w formie rozporządzenia, jest poważnym naruszeniem prawa, wielkim nieporozumieniem, dyskryminującym ludność cywilną powstańczej Warszawy deportowaną do pruszkowskiego obozu. Obóz ten nie jest nawet wymieniony wśród grupy obozów, za pobyt w których dzieci do lat 14 uznawane są za represjonowane. Wymienia się tutaj głównie obozy podległe niemieckiej Centrali Przesiedleńczej, w których warunki nie były gorsze od warunków w obozie pruszkowskim, a w którym uwięzieni ponadto znajdowali się w dyspozycji niemieckich władz bezpieczeństwa, spełniając tym samym przywołany wcześniej art.4 ust. 1 pkt. 1 lit. b ustawy. Już w piśmie z dnia 15 lipca 1992 roku (l. dz. Z k. II/442/15/92) skierowanym do osoby zmarłej w latach 90-tych, wydanym w oparciu o opinię ekspertów, dyrektor Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu - Instytut Pamięci Narodowej uznał prawo osoby, która przebywała jako kilkunastoletnie dziecko w obozie w Pruszkowie do ubiegania się o uprawnienia kombatanckie. Tego stanowiska GKBZpNP-IPN zdaje się nie dostrzegać Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, co jest naruszaniem przepisów ustawy z 24.01.1991 r. o kombatantach i osobach represjonowanych. Już od wielu lat osoby, które przeszły przez obozy podobne do pruszkowskiego często o charakterze lżejszym, posiadają status represjonowanych i korzystają z przysługujących im uprawnień. Niestety ludność cywilna powstańczej Warszawy, która tak wiele ucierpiała i konsekwencje pobytu w obozie pruszkowskim po dzień dzisiejszy boleśnie odczuwa, z tych przysługujących jej uprawnień ustawowych nie korzysta, gdyż całkowicie w ,,wolnej Polsce” została zapomniana. Na ,,nieposłusznych” mieszkańcach Warszawy nadal ciąży kara, nałożona przez okupacyjne władze niemieckie.


5.Front wschodni, a powstanie

Wybuch powstania stał się dla Niemców dogodną okazją do zniszczenia miasta Warszawy, wymordowania jak największej liczby jej mieszkańców. Do osiągnięcia tego celu Niemcy dążyli przez cały okres okupacji. Niszcząc miasto rozbili zarazem centrum polskiego ruchu oporu znajdującego się głównie w rękach kierownictwa Armii Krajowej. Trudno natomiast zgodzić się z poglądami Jana Nowaka Jeziorańskiego i innych osób zajmujących się tzw. polityką historyczną zniekształcającą rzeczywisty obraz przeszłości, a nie historią, że ofensywa wojsk radzieckich z terenów polskich na zachód, na terytorium Niemiec, wstrzymana została przez Stalina wyłącznie z powodu wybuchu powstania warszawskiego. Jedynym pozytywnym aspektem zaistniałej sytuacji tj. zatrzymania się ofensywy, miało być zdaniem tych osób powstanie Berlina Zachodniego w okupacyjnej strefie radzieckiej. Wysuwając taką tezę zapomina się o tym, że to przecież głównie negocjacje polityczne Wielkiej Trójki, a nie działania bojowe na jakimś odcinku frontu, zadecydowały o statusie politycznym Berlina, zasięgu stref okupacyjnych. Ofensywa w głąb Niemiec, na Berlin wojsk radzieckich z rejonu środkowej Wisły już po zakończeniu operacji ,,Bagration” od pierwszych dni sierpnia 1944 roku była praktycznie niemożliwa. Główny punkt ciężkości działań na froncie wschodnim przesunął się w tym czasie w rejon południowo-środkowej Europy, w którym zaostrzała się rywalizacja polityczna między aliantami. Nie oznaczało to wcale, że jeszcze na przełomie września i sierpnia zdobycie ale samej tylko Warszawy nie było w ogóle możliwe. Ale na skuteczną natomiast dalszą ofensywę wojsk radzieckich na zachód z rejonu środkowej Wisły, co wiązało się pośrednio ze zdobyciem Warszawy, należało poczekać aż do początku 1945 roku. I nawet po tych kilkumiesięcznych przygotowaniach do dalszej ofensywy, styczniowa ofensywa nie zdołała całkowicie przełamać oporu wojsk niemieckich i zdobyć Berlin lecz została zatrzymana na Wale Pomorskim oraz dotarła zaledwie kilkanaście kilometrów za Wrocław. Tak więc to nie powstanie warszawskie i polityka Stalina z nim związana, jak się niekiedy twierdzi, wpłynęły na rzekome przedłużenie wojny w Europie o kilka miesięcy, co też miało skutkować milionami dodatkowych ofiar . O chwili zakończenia wojny w Europie zadecydowała ogólna sytuacja, głównie militarna tak na froncie wschodnim jak i zachodnim.

Ogólna ocena kierownictwa polskiego podziemia z końca lipca 1944 r., przewidująca po zakończeniu ciężkich walk toczących się na wschód od Warszawy, po prawej stronie Wisły przystąpienie armii radzieckiej do uderzenia na stolicę, okazała się błędna. Toczące się tam w tym czasie walki nie przyniosły zdecydowanego rozstrzygnięcia na korzyść wojsk radzieckich. W miarę bezstronną opinię na ten temat prezentuje szef sztabu generalnego niemieckich wojsk lądowych gen. Heinz Guderian, który w swoich wspomnieniach pisze: /.../ Powstańcy niewątpliwie należeli do obozu tzw. ,,emigracji”, której rząd przebywał w Londynie i stamtąd otrzymywali dyrektywy. Reprezentowali konserwatywne koła polskiej orientacji zachodniej. /.../Dla nas ważne było to, że natarcie rosyjskie nie przekroczyło wtedy Wisły... 25 lipca 1944 roku próba rosyjskiego XVI korpusu pancernego przekroczenia Wisły przez most kolejowy pod Dęblinem nie powiodła się; Rosjanie stracili 30 czołgów. Most zdołaliśmy zawczasu wysadzić. Inne rosyjskie oddziały pancerne zostały zatrzymane na północ od Warszawy. My, Niemcy mieliśmy wrażenie, że nie zamiar Rosjan sabotowania polskiego powstania, lecz nasza obrona zatrzymała rosyjskie natarcie....Dowództwo 9 armii niemieckiej w każdym razie miało 8 sierpnia wrażenie, że próba Rosjan zdobycia Warszawy nagłym atakiem w pościgu, prowadzonym dotąd niemal bez przeszkód, mimo powstania warszawskiego, rozbiła się o jej obronę i że powstanie warszawskie- widziane oczyma przeciwnika - rozpoczęło się przedwcześnie. (Heinz Guderian : Wspomnienia żołnierza, W-wa 1958 r., s. 292-3).

Już w chwili przybycia do Moskwy Mikołajczyka całkowicie zamierała rozpoczęta na Białorusi w rocznicę agresji niemieckiej na ZSRR w dniu 22.06.1944 roku operacja ,,Bagration”. Operacja zakończona między innymi zdobyciem Brześcia znacznie przekroczyła zakładane początkowo cele. Jako operacja bobrujska, miała przesunąć linię frontu o 150 km na Zachód. W maju zatwierdzono przesunięcie o 250 km i do tego założenia zaplanowano całe zaplecze frontu. Ostatecznie front miał dojść tylko do linii Białystok-Lublin, ale pod warunkiem, że wojska radzieckie na południu osiągną linię Lwów-Przemyśl. Jednakże szybsze w stosunku do wojsk nacierających z terenów Białorusi przesuwanie się wojsk idących z Wołynia, które po dojściu nad Wieprz prawym skrzydłem uderzyły na Siedlce i wyszły na tyły Brześcia, zmieniło jeszcze raz zaplanowane wcześniej w tej operacji cele. Nacierające wojska radzieckie otrzymały w dniu 28.07.1944 roku, a więc przed wybuchem powstania, z Naczelnego Dowództwa uzupełniającą dyrektywę, która nakazywała im zatrzymanie się na linii Narwi i tam przygotowanie się do uderzenia na terytorium Niemiec, na Prusy Wschodnie. Natomiast zgodnie tą dyrektywą I Front Białoruski po zdobyciu rejonów Siedlec i Brześcia nacierać miał w kierunku zachodnim i w dniach 5-6 sierpnia zająć jedynie Pragę, ale nie całą, czyli też lewobrzeżną Warszawę. Zbliżające się do Warszawy wojska radzieckie w ciągu 39 dni ofensywy pokonały 490 km, czyli dwukrotnie dłuższy odcinek, niż wcześniej zaplanowano. Magazyny z amunicją, składy materiałowe, większość szpitali pozostała daleko w tyle. Na tym całym obszarze operacyjnym całkowicie rozbito 28 na 38 walczących dywizji nienieckich. Straty niemieckie to prawie 400 tys. zabitych, rannych bądź wziętych do niewoli. Na 47 dowodzących tam niemieckich generałów 30 poniosło śmierć lub dostało się do niewoli. Chociaż była to totalna klęska niemieckiej Grupy Armii ,,Środek”, operacja ,,Bagration” była również bardzo wyczerpująca dla strony radzieckiej. Pod koniec operacji, kiedy to wojska radzieckie osiągnęły linię Narwi, Bugu, środkowej Wisły i Sanu, ich stan osobowy zmniejszył się do 50%, a niekiedy nawet do 25%. Zamiast po 10 tys. dywizje radzieckie liczyły po 4-5 tys. osób, pułki natomiast po 1 tys. zamiast 3 tys., kompanie po 40-50 zamiast 150. Przy tym stanie osobowym i zaopatrzeniowym oraz wzmocnionych niemieckich liniach obronnych dalsza ofensywa na tym odcinku frontu nie mieszcząca się również we wcześniejszych planach nie byłaby logiczna i celowa, pomyślna i korzystna dla strony radzieckiej. Na odpowiednie przygotowanie się do dalszej skutecznej ofensywy potrzebny był jednak czas. I tylko przygotowanie I Frontu Białoruskiego do dalszej ofensywy w styczniu 1945 roku wymagało dostarczenia mu zaopatrzenia 68460 wagonami, 923300 ton ładunków transportem samochodowym. Stan liczebny w okresie przygotowawczym zwiększono o ponad 100 tys. osób i dywizje powiększyły się z 4 tys. do 7-8 tys. Podczas gdy w sierpniu na przyczółku warecko-magnuszewskim walczyło około 40 tys. żołnierzy polskich i radzieckich oraz 120 czołgów, to w grudniu przygotowując się do ofensywy styczniowej skoncentrowano ich tam 400 tys. oraz 1700 czołgów i 8700 dział.

Ciężar obrony Warszawy przed natarciem radzieckim pod koniec lipca i w sierpniu 1944 roku spoczywał na dwóch armiach niemieckich, a mianowicie głównie 9, której dowództwo znajdowało się w Piastowie oraz w pewnym stopniu na 2, której sztab w trzeciej dekadzie lipca stacjonował w Ostrowi Maz., kwatermistrzostwo w Brańszczyku. Obie armie wchodziły w skład Grupy Armii ,,Środek” z dowództwem znajdującym się w Szczytnie. Obrona Warszawy, o której Niemcy podjęli decyzję 22 lipca, została ponadto wzmocniona pancerną dywizją Hermann Göring odwołaną z frontu włoskiego oraz dywizjami pancernymi SS. Według G.H. Steina (autora La Waffen-SS, Paris 1966 r., s. 232) głównie do powstrzymania ofensywy radzieckiej pod Warszawą przyczyniło się kontrnatarcie nowo powstałego IV korpusu pancernego SS, w skład którego wchodziły dywizje pancerne SS - ,,Wiking”, ,,Totenkopf”, wzmocnionego 19 dywizją pancerną Wehrmachtu. Po zatrzymaniu natarcia radzieckiego pod Warszawą właśnie tym dywizjom pancernym SS wyznaczył Himmler utrzymanie przyczółka warecko-magnuszewskiego. I w dniach 10-16 sierpnia brały one wraz z innymi doborowymi jednostkami, w tym m.in. dywizją ,,Hermann Göring”, udział w bitwie pod Studziankami, uniemożliwiając tym samym Armii Czerwonej i Wojsku Polskiemu przeprowadzenie manewru okrążającego Warszawę. O udaremnieniu przedostania się radzieckich czołówek pancernych na drugą stronę Wisły w Puławach i Dęblinie pisze w swoim raporcie gubernator Fischer już 26 lipca w sposób następujący: ,, Znajdujące się tam mosty na Wiśle zostały w końcu wysadzone w powietrze przez nasze oddziały. Dotychczas żaden nieprzyjacielski czołg nie znajduje się na zachodnim brzegu Wisły...Na szczęście wojska niemieckie już nadciągają, m. in. wyborowe dywizje. W celu wzmocnienia linii frontu na Wiśle i Narwi osłaniającej Prusy Wschodnie, Hitler wydał 13 sierpnia rozkaz przerzucenia z frontu południowego, ciągnącego się od Morza Czarnego wzdłuż Dniestru przez Jassy aż do linii Karpat, dywizji rezerwowych i wszystkich pancernych. Jednakże ofensywa radziecka jaka się za kilka dni na froncie południowym rozpoczęła, uniemożliwiła w pełni realizację tego rozkazu.
Ta sytuacja w tym okresie na odcinku środkowej Wisły po wyczerpaniu się ofensywy radzieckiej w ramach operacji ,,Bagration” uniemożliwiała wówczas przeprowadzenie manewru okrążającego Warszawę, z którym zgodnie z planami i ustaleniami Komendy Głównej AK z ostatnich dni lipca zsynchronizowany miał być wybuch powstania.

Dalsza ofensywa, przesunięcie frontu wschodniego dalej na Zachód za Wisłę, po uzupełnieniu zapasów, odtworzeniu stanu osobowego jednostek Armii Czerwonej, była uzależniona również od likwidacji powstałego klina, czyli unieruchomienia wojsk niemieckich, znajdujących się w silnie ufortyfikowanych Prusach Wschodnich oraz Państwach Nadbałtyckich, wyparcia ich z tych terenów, gdyż z tamtego kierunku od północy zagrażało armii radzieckiej na tyły i skrzydła niemieckie kontruderzenie. Już przebieg I wojny światowej na froncie wschodnim wykazał, że pomyślna ofensywa na zachód z rejonu środkowej Wisły, najbliższej drogi do Berlina, uzależniona była od wcześniejszego opanowania Prus Wschodnich, czego armii rosyjskiej pod dowództwem gen. Samsonowa wówczas się nie udało. Właśnie w celu powstrzymania radzieckich wojsk w ich dalszym marszu na Zachód, Hitler planował przeprowadzenie na początku 1945 roku kontrofensywy z kierunku północnego. Grupę Armii ,,Północ” - (16.Armia, 18.Armia, 3.Armia Pancerna) oraz Grupę Operacyjną ,,Narwa” broniących dostępu do Państw Bałtyckich wzdłuż tzw. Wału Wschodniego (Ostwall) posiadającego na głębokościach od 40 do 90 km kompleks umocnień i pozycji pośrednich - miała wzmocnić kilkuset tysięczna Armia Lapońska wycofana z Finlandii po podpisaniu w dniu 04.09.1944 roku przez feldmarszałka Karla von Mannerheima zawieszenia broni z ZSRR. Sytuacja w państwach bałtyckich miała wówczas zasadnicze znaczenie strategiczne dla dalszego przesuwania się na zachód frontu wschodniego. Niemcy za wszelką cenę próbowały utrzymać terytoria tych państw, gdyż umożliwiało to nie tylko przeprowadzenie kontrofensywy w kierunku południowym, ale i zabezpieczało Prusy Wschodnie od strony północno-wschodniej, pozwalało na dalsze działania ich floty we wschodniej części Bałtyku oraz ułatwiało połączenia z Finlandią i Szwecją. Dlatego, żeby zabezpieczyć od północy operację ,,Bagration” skierowaną na zachód, zmienić istniejący stan, ofensywa wojsk radzieckich na północnym odcinku frontu rozpoczęła się również pod koniec czerwca atakiem na pozycje niemieckiej 205 Dywizji Piechoty stacjonującej na północnym-wschodzie od Połocka nad rzeką Obol, ale trwała ze względu na swoje strategiczne znaczenie dla obu stron o wiele dłużej, niż wcześniej przewidywano. W związku z rozpoczęciem tej ofensywy radzieckiej, Dowódca Grupy Armii ,,Północ” gen. płk Lindemann otrzymał od Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych już 28.06.1944 rozkaz do kontrataku w kierunku na południowy -wschód od Połocka, gdyż tego właśnie domagał się Hitler. Uznając, że jest to wysyłanie ludzi na pewną śmierć, Lindemann nie wykonał tego rozkazu i został ze swojej dotychczasowej funkcji odwołany.

Rozpoczęty natomiast następny atak II Frontu Bałtyckiego na lewe skrzydło 16 Armii niemieckiej 9 lipca nie doprowadził do załamania tej linii frontu. Dopiero 21 lipca, kiedy zwalniała już wkraczająca na terytorium Polski operacja ,,Bagration”, po wprowadzeniu do walki pięciu dodatkowych brygad pancernych i dywizji piechoty nastąpiło przebicie linii niemieckiej i doszło na początku sierpnia do okrążenia Grupy Armii ,,Północ”, powstania tzw. przyczółka kurlandzkiego. W okresie powstania warszawskiego na froncie północnym trwały bardzo zacięte walki. Walki o np. o Rygę trwały od 21 sierpnia do 14 września. Tylko w pierwszym okresie od 22 czerwca do 6 sierpnia niemiecka Grupa Armii ,,Północ” zniszczyła 1325 czołgów radzieckich. Sama do końca sierpnia straciła ponad 70 tys. żołnierzy i oficerów, czyli ponad 10% swojego stanu osobowego. Ostatecznie ofensywa radziecka, mająca na celu już całkowitą likwidację niemieckiego klina na północnym odcinku frontu wschodniego, z którego zagrażała kontrofensywa, rozpoczęła się wraz ze styczniową ofensywą w 1945 roku i trwała do początku maja.

Działania wojenne na poszczególnych odcinkach frontu wschodniego ciągnącego się od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne determinowała nie tylko aktualna sytuacji militarna ale i polityczna, zwłaszcza rywalizacja między Wielką Brytanią, a ZSRR o wpływy w środkowej i południowo-wschodniej Europie. Rozpoczęcie przygotowywanej ofensywy wojsk radzieckich na froncie południowym, w okresie kiedy z terenów polskich na wschód od Wisły wyparte zostały wojska niemieckie i w Warszawie trwało powstanie, miało na celu nie tylko osłabienie głównego przeciwnika, wyeliminowanie z udziału w wojnie po stronie Niemiec państw satelickich, ale i rozszerzenie wpływów politycznych na Europę Środkową oraz Bałkany, o co zabiegała również Wielka Brytania. W tej rozgrywce, Wielka Brytania wzrost swoich wpływów planowała osiągnąć poprzez działania polityczne jak i militarne. Wojska anglosaskie wcześniej zająć miały terytoria tych państw. Na płaszczyźnie natomiast politycznej zaporą mającą zahamować wzrost wpływów radzieckich i wzmocnić brytyjskie, miała być regionalna federacja państw środkowo-wschodniej Europy. Już w przemówieniu radiowym w marcu 1943 roku na temat przyszłej Rady Europejskiej, Churchill mówi o związkach regionalnych niższego rzędu - bałkańskim i naddunajskim. Temat federacji w Europie środkowo-wschodniej podejmuje podczas konferencji moskiewskiej w październiku 1943 roku, nie poparty przez sekretarza stanu USA, brytyjski minister Eden. Ta inicjatywa Churchilla - napisze historyk W. Knapp - miała na celu ograniczyć obszary, w których zwycięstwo militarne mogłoby zapewnić Rosji dominację polityczną”. (W.Knapp, ,,A History of War and Peace 1939-1945”, London 1967, s.52). Oczywiście Mołotow plan ten uznał za szkodliwy dla pokoju ogólnoeuropejskiego, formę kordonu sanitarnego, który miał otoczyć ZSRR. Jednym z ogniw tego kordonu miały być obok Polski także między innymi według Szefa Sztabu Imperialnego marszałka Francis Alanbrooka pokonane Niemcy przekształcone w sojusznika. Natomiast o sprawie przeniesienia działań militarnych na Bałkany rozmawia Churchill z Roosveltem w listopadzie 1943 roku na spotkaniu kairskim, czyli tuż przed konferencją w Teheranie. Proponuje po zajęciu Półwyspu Apenińskiego przeniesienie działań wojennych na Bałkany poprzez uderzenie na Austrię, Węgry, co miałoby doprowadzić do przystąpienia Turcji do wojny po stronie aliantów i kapitulacji Bułgarii oraz Rumunii przed W. Brytanią i USA. Tą koncepcję zamierza Churchill wprowadzić w życie, o czym świadczy chociażby jego korespondencja z Roosveltem jeszcze nawet z sierpnia i września 1944 roku.

Rywalizacja o wpływy polityczne w południowej Europie i związana również z nią w pewnym stopniu sierpniowa ofensywa wojsk radzieckich miała dla interesów ZSRR o wiele większe znaczenie, niż przekroczenie wówczas Wisły, kontynuowanie dalszej ofensywy na Zachód, na co liczyli w KG AK zwolennicy szybkiego wybuchu powstania. Po zakończonej wyczerpującej operacji ,,Bagration”, dalsza natychmiastowa ofensywa wojsk radzieckich dźwigających główny ciężar wojny na kontynencie w kierunku zachodnim, na Berlin, czyli na najbardziej zaciekle bronionym przez wojska niemieckie odcinku frontu, nie gwarantowała większych sukcesów, a jedynie odciążenie frontu zachodniego, czyli oszczędzanie w pewnym sensie sił militarnych Anglosasów rywalizujących o wpływy w środkowo-południowej Europie. Toteż gdy po nieudanym opanowaniu Warszawy-Pragi, planowanym na 5 - 6 sierpnia, marszałkowie Żukow i Rokossowski zaproponowali ponowne natarcie ok. 25 sierpnia pod warunkiem, że otrzymają dodatkowe posiłki, Stalin uzna to za niewłaściwe . Obawiał się wyczerpujących działań ofensywnych na dwóch strategicznie ważnych odcinkach frontu. Wcześniej bo w dniu 20 sierpnia rozpoczynała się zaplanowana i już przygotowana radziecka ofensywa na Bałkany. Ofensywa, która zmusiła Rumunię do kapitulacji i wypowiedzenia wojny Niemcom oraz rozwiała nadzieje tak króla Michała jak i Horthygo na to, że ich kraje znajdą się w strefie wpływów aliantów zachodnich. Oczywiście, że na niepodejmowanie w sierpniu prób opanowania samej tylko Warszawy przez wojska radzieckie po kontrofensywie niemieckiej pod Radzyminem, wpływ miał w pewnym stopniu również wynik toczących się wówczas rozmów Mikołajczyka ze Stalinem, które w martwym punkcie utknęły .


5.Powstanie- Mikołajczyk -granice.

Niewątpliwie przekazanie Delegatowi Rządu na Kraj, wicepremierowi Jankowskiemu, telegramem w dniu 28 lipca 1944 roku upoważnienia do podjęcia decyzji o powstaniu oraz informacji o planowanym wyjeździe premiera Mikołajczyka na rozmowy do Moskwy i o tym, że Stalin nie uznaje PKWN-u za rząd ale czynnik, który będzie zajmował się tworzeniem administracji polskiej, zwłaszcza że rządowy ruch podziemny jest słaby, było pewną zachętą dla kierownictwa krajowego do przeprowadzenia powstania w Warszawie. Powstanie w powojennych opiniach części jego zwolenników miało być pewną formą wsparcia działań wojsk radzieckich, ułatwiającą Mikołajczykowi pertraktacje polsko-radzieckie. Po ogłoszeniu przez P A T komunikatu, że premier Mikołajczyk, minister spraw zagranicznych Tadeusz Romer oraz przewodniczący Rady Narodowej prof. Stanisław Grabski znajdują się w drodze do Moskwy, gen. Bór-Komorowski w 1946 roku napisze, że była to wspaniała wiadomość. Rząd sowiecki zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem polskim w kwietniu 1943 i od tego czasu nie mogliśmy tych stosunków odnowić ani też uzgodnić naszych działań wojskowych z Armią Czerwoną. Obecnie premier niewątpliwie ustali w Moskwie współdziałanie Armii Czerwonej z Armią Krajową. W 1965 roku w udzielonym wywiadzie na ten temat dla prof. Zawodnego generał wyrazi bliższą prawdy opinię twierdząc, że: Wyjazd Mikołajczyka do Moskwy nie miał na nas wpływu. To zagadnienie nie było w ogóle brane pod uwagę. Dla przeciwników porozumienia polsko-radzieckiego w KG AK, do którego dążył Mikołajczyk, przedwczesny i nie uzgodniony ze stroną radziecką wybuch powstania miał być kijem wsadzonym w tryby toczącej się historii, mającym na celu skonfliktowanie aliantów zachodnich z ZSRR oraz wywołanie w społeczeństwie polskim niechęci do PKWN-u. Na emigracji głównym przeciwnikiem tego porozumienia, rzutującego w dużym stopniu na przebieg i końcowy wynik powstania, będzie zwolennik konspiracji antyradzieckiej na terenie Polski, Naczelny Wódz gen. Sosnkowski. Pragnąc utrudnić dojście do tego porozumienia polsko-radzieckiego, opuszcza w tym ważnym okresie Londyn i udaje się 11 lipca do Włoch. W ten sposób uchyla się od wyrażenia swojej ewentualnej zgody jako Naczelny Wódz na to porozumienie, co przewidywała konstytucja z 1935 r., a także rozluźnia swoje kontakty z Krajem. Gdy 14 lipca gen. Tatar podczas rozmowy zwrócił na to Prezydentowi Raczkiewiczowi uwagę, ten mu odpowiedział: Nieobecność Naczelnego Wodza bardzo mnie martwi. Przebywając we Włoszech w II Korpusie gen. Sosnkowski prowadzi akcję przeciwko polityce premiera Mikołajczyka i jak większość tzw. piłsudczyków wiąże naiwnie nadzieje na rozwiązanie podstawowych kwestii polsko-radzieckich, zwłaszcza terytorialnej, z III wojną światową między aliantami zachodnimi, a ZSRR. Wzywany 24 lipca przez szefa sztabu gen. Kopańskiego oraz prezydenta Władysława Raczkiewicza do powrotu do Londynu wraca tam już po wybuchu powstania, dopiero 6 sierpnia. Ale wcześniej bo 28 lipca wyśle telegram do Prezydenta, w którym odgraża się, że jeżeli dojdzie do porozumienia rządu londyńskiego z PKWN-em to wojsko wymówi posłuszeństwo i że należy powołać nowy rząd, szerokiej koalicji… z wyłączeniem komunistów i tak zwanych patriotów”. Przebywając w tak ważnym okresie we Włoszech czynił gen. Sosnkowski przygotowania do obalenia aktualnego rządu polskiego w przypadku porozumienia polsko-radzieckiego.

Sam Mikołajczyk, wyjeżdżając do Moskwy, wiązał pewne nadzieje z pomyślnym przebiegiem w Warszawie powstania, o czym świadczy chociażby przekazanie w tym czasie Delegatowi upoważnienia do podjęcia decyzji o powstaniu. Dlatego też natychmiast po przybyciu do Moskwy zwrócił się do Stalina z prośbą o umożliwienie mu dotarcia do Warszawy, znajdującej się w rękach powstańców oraz niemieckich. Prawdopodobnie sądził, że do już wyzwolonej przez powstańców Warszawy wkroczyły bądź niebawem wkroczą wojska radzieckie. W ten sposób zamierzał rozmawiać w Moskwie z pozycji premiera wyzwolonej przez AK stolicy i wzmocnić tym samym swoją pozycję podczas negocjacji. A przecież to nie powstanie w Warszawie podjęte bez żadnych wcześniejszych uzgodnień z dowództwem Armii Czerwonej mogło ułatwić Mikołajczykowi rozmowy w Moskwie, lecz odwrotnie, jego bardziej realistyczne postępowanie polityczne mogłoby uchronić Warszawę od ostatecznej klęski. Powstanie w Warszawie i inne działania zbrojne Armii Krajowej, na tle zmagań wielomilionowych armii po obu stronach frontu, nie miały dla sytuacji na froncie większego znaczenia. Wyrażały jedynie, tak jak również działania zbrojne innych organizacji podziemia wojskowego w Polsce – BCH, NOW, NSZ, AL, GL, PAL itd.- wolę oporu społeczeństwa polskiego przeciwko niemieckiej okupacji. O porozumieniu natomiast polsko-radzieckim decydowały wtedy wyłącznie względy polityczne, a nie militarno-wojskowe. I niewątpliwie przyjęcie przez Mikołajczyka zaproponowanej mu w Moskwie funkcji premiera rządu polskiego, w którym miało również zasiadać czterech ministrów, przedstawicieli obozu londyńskiego, nie byłoby bez wpływu na dalszy przebieg działań wojsk radzieckich na przedpolach Warszawy. Mimo dużych trudności operacyjnych wojsk radzieckich w pierwszej połowie sierpnia na przedpolu Warszawy, uchronienie samego miasta od ogromu tragedii, do jakiej w końcu doszło, było jeszcze możliwe. AK, którego dowództwa Stalin nie darzył zaufaniem i odnosił się do niego wrogo, zostałoby uznane przynajmniej w tym okresie za sojusznika, co niewątpliwie nie byłoby bez znaczenia dla dalszych losów powstania. Mikołajczyk natomiast, mimo że Churchill wielki realista nakłaniał go do przyjęcia tej oferty i pozostania w Moskwie, uzależniając od tego pomoc dla powstania, zwlekał i jej wówczas nie przyjął, uważając naiwnie, że PKWN nie będące rządem lecz tylko Komitetem nie ma wystarczającego społecznego zaplecza, toteż nie będzie w stanie w Polsce administrować i że wówczas Stalin ponownie się do niego z tą propozycją zwróci. Oczywiście, że premier brytyjski, nakłaniając Mikołajczyka do przyjęcia tej oferty, nie sprawą powstania się tutaj kierował ale liczył, że ułatwi to wpływanie tzw. obozu londyńskiego na stronę radziecką oraz zmniejszy znaczenie w układzie polskich sił politycznych PKWN-u. Jedyną możliwość do przejęcie władzy w Polsce przez obóz londyński widział Churchill w uznaniu przez rząd polski w Londynie granicy wschodniej na linii Curzona, do czego słusznie już od dłuższego czasu go nakłaniał. Na posiedzeniu Izby Gmin 15 grudnia 1944 r. stwierdzi: gdyby Rząd Polski wyraził zgodę na granicę w początku tego roku, nie byłoby wówczas żadnego Komitetu Lubelskiego, który Rosja obdarzyła zaufaniem. Natomiast przemawiając w lutym 1945 roku w Izbie Gmin m.in. powiedział: nie byłoby żadnego… Lubelskiego Rządu Tymczasowego w Polsce, gdyby Rząd Polski w Londynie przyjął naszą szczerą radę, którą dawaliśmy mu rok temu. Wkroczyłby on do Polski jako jej faktyczny rząd wraz z wyzwalającymi kraj wojskami radzieckimi. Realizując ten scenariusz polityczny nie byłoby potrzeby występowania Delegatury Rządu na Kraj jak i AK w roli gospodarza, co było jedną z głównych przyczyn wzniecenia powstania w Warszawie, a powstanie jeżeli w ogóle wybuchłoby, to trwałoby krótko, miałoby charakter symboliczny jak powstanie np. w czeskiej Pradze.

Jak już wcześniej wspomniano główną przyczyną, która uniemożliwiła porozumienie polsko-radzieckie, była sprawa polskiej granicy wschodniej. Już w listopadzie 1941 roku, kiedy wojska niemieckie podchodziły pod Moskwę, Stalin zaproponował gen. Sikorskiemu pewne korekty tej granicy. Chciał, żeby strona polska ustąpiła ,,ciut, ciut”. W obawie na reakcje części polityków emigracyjnych, którzy już ostro wcześniej zareagowali na układ Sikorski-Majski, m.in. na znak protestu ustąpił wówczas gen. Sosnkowski ze stanowiska podsekretarza stanu, gen. Sikorski nie podjął tego tematu. Przeciwnicy porozumienia z ZSRR uważali, że wojna radziecko-niemiecka wyczerpie obie strony i o sytuacji politycznej, nowym ładzie w Europie decydować będą wyłącznie alianci zachodni. Również po śmierci Sikorskiego strona polska zwlekała z podjęciem rozmów w sprawie granicy wschodniej, co uniemożliwiało ponowne nawiązanie zerwanych wcześniej w związku ze sprawą katyńską stosunków politycznych polsko-radzieckich. Na brak realistycznego podejścia Mikołajczyka w tej sprawie miała wpływ niewątpliwie szczególnie zakłamana wobec Polski polityka prezydenta USA Roosvelta. W wyciągu z protokółu rozmowy Mikołajczyka z prezydentem Roosveltem, przed podróżą do Moskwy czytamy: Tego ranka byliśmy u prezydenta przez 45 minut. Był bardzo dobrze usposobiony… Prezydent powiedział, że czuje, iż Polska i Rosja znajdują się chwilowo w impasie i że byłoby lepiej, gdyby polski Premier i jego rząd powrócili jak najszybciej do Polski i udali się do Moskwy, aby tam omówić sytuację… Prezydent powiedział, że nie zgadza się na umowę opartą na starej linii Curzona i że nie sądzi, aby Rosjanie się przy tym upierali. Stanowisko Roosvelta zabiegającego o głosy Polaków amerykańskich w wyborach wpłynęło, że Mikołajczyk, ulegając złudzeniu, nie podejmie z Moskwą rozmów w sprawie polskiej granicy wschodniej lecz jak niektórzy inni politycy polscy będzie oczekiwał na rozwiązanie tego problemu przy wsparciu USA na powojennej konferencji pokojowej. To, że tzw. granica ryska jest nie do utrzymania w przyszłości było już wiadomo po przejściu z pozycji obronnych do kontrofensywy wojsk radzieckich, po Stalingradzie, bitwach pod Kurskiem i Orłem. Zresztą nie akceptowała jej tak Wielka Brytania i to już od 1920 roku, wysuwając wówczas koncepcję linii Curzona, jak i również USA. Na wsparcie w tej sprawie tych państw, które i tak nic by nie przyniosło, nie należało liczyć. Ustalenie w traktacie ryskim polskiej granicy wschodniej, obejmującej terytoria zamieszkiwane w większości przez ludność niepolską, nastąpiło w okresie osłabienia wojną domową Rosji Radzieckiej i miało charakter czasowy. Powstała wówczas II Rzeczypospolita - ,,resztówka” po dawno minionych czasach jagiellońskich bez Warmii, Mazur, Gdańska, starych ziem polskich, Wrocławia i Szczecina, natomiast z Wilnem stolicą Litwy jako miastem wojewódzkim, tak jak kiedyś Kijowem stolicą Rusi. W tym kształcie terytorialnym ustalonym przez traktat wersalski i ryski Polska nie mogła się utrzymać po odbudowaniu swoich potencjałów przez Niemcy i Rosję Radziecką. Ale i również, gdyby Rosji nie wytrąciła z udziału w toczącym się po I wojnie światowej międzynarodowym życiu dyplomatycznym rewolucja, to jako jeden z głównych członków ententy, obok Francji, Wielkiej Brytanii i USA, Rosja na Konferencji Wersalskiej i tak decydowałaby o polskiej granicy na wschodzie. Głos jej premiera zapewne należałby tam do głosów decydujących, o znaczeniu dużo większym, niż przedstawiciela Polski. Wschodnia granica Polski nie pokrywałaby się wówczas z granicą traktatu ryskiego ale zapewne w obrębie nowo powstałego państwa polskiego, na którego istnienie wyrażała już zgodę Rosja przed bolszewicka między innymi w deklaracji z 30 marca 1917 roku potwierdzonej przez mocarstwa zachodnie, znalazłyby się Gdańsk, cały Górny Śląsk i Opolszczyzna, ziemia złotowska, bytowska, słupska oraz Warmia i część Mazur, a być może i większa część Prus Wschodnich. Przegrane Niemcy pozbawione zostałyby Prus Wschodnich, jednej z przyczyn II wojny światowej . Aspiracje terytorialne Polski skierowane na prastare ziemie piastowskie wspierałaby wówczas nie tylko Francja ale i Rosja. Nie doszłoby za 20 lat do wojny w Europie, sojuszu niemiecko-radzieckiego zwanego paktem Ribbentrop-Mołotow. Nawet nie ustalenie w Teheranie między trzema mocarstwami podziału Europy na strefy wpływów nie uchroniłoby Polski, w co wierzyło naiwnie wielu polskich polityków, od wschodniej granicy na Bugu. Natomiast przesunięciu polskiej granicy zachodniej, po utracie terenów wschodnich, na rdzennie polskie, prastare ziemie piastowskie na pewno by nie służyło zainstalowanie się przy pomocy powstania w Warszawie polskiego rządu z Londynu o nastawieniu prozachodnim. Polska prawdopodobnie nie uzyskałaby wówczas jednych z najbardziej korzystnych granic w swoich ponad 1000-letnich dziejach. I jeżeli rząd polski o prozachodniej orientacji doszedłby wówczas do władzy, III Rzeczpospolita byłaby państwem mocno terytorialnie okrojonym, a także - jak w dzisiejszych czasach - całkowicie od państw i różnych organizacji zachodnich niebezpiecznie uzależnionym.

Jacek Smolarek